Showing posts with label Chiny. Show all posts
Showing posts with label Chiny. Show all posts

Tuesday, October 6, 2026

Z Dachu Świata do Pekinu, czyli człowiek wraca do cywilizacji

Po wylądowaniu w Pekinie zaczyna padać.

Nie jest to może najbardziej reprezentacyjna pogoda dla stolicy Chińskiej Republiki Ludowej, bo niebo jest ciężkie, szare i wygląda tak, jakby ktoś przez pomyłkę zostawił nad miastem wielką pokrywkę od garnka, ale jest jeden szczegół, który zwraca moją uwagę.


Nie ma szarego powietrza.

Tego charakterystycznego, mlecznego smogu, który tak dobrze znam z Chiang Mai i Bangkoku, a już szczególnie z Kuching na Borneo, gdzie czasami człowiek patrzy przed siebie i zastanawia się, czy właśnie ogląda miasto, czy też wspomnienie miasta.

Tutaj tego nie ma.

Pada deszcz, samochody jadą po mokrym asfalcie, ludzie biegną pod parasolami, a powietrze jest zaskakująco przejrzyste.




A potem zaczynają się wieżowce.

Jeden za drugim, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści pięter, całe dzielnice tych czerwono-beżowych kolosów, z tysiącami okien, balkonów, klimatyzatorów i mieszkań, w które Chińczycy przez lata pakowali swoje oszczędności, przekonani, że skoro mieszkanie stoi, to jego cena również będzie stała, a najlepiej jeszcze rosła.

No i tutaj pojawił się pewien problem.

Mieszkania nadal stoją.

Tylko ich wyceny już niekoniecznie.


Patrzę więc przez szybę samochodu na te wszystkie wieżowce i myślę sobie, że to jest chyba najbardziej chiński pomnik ostatnich trzydziestu lat.



A na koniec jeszcze pierożki. Lubię je od lat w Tajlandii, ale te tutaj są znacznie bliższe chińskiemu oryginałowi, w końcu to właśnie chińscy emigranci przez stulecia zabierali swoje jedzenie ze sobą do Azji Południowo-Wschodniej, gdzie z czasem stało się częścią lokalnych kuchni.


I chwała im za to. Bo gdyby nie chińscy emigranci, moja miłość do azjatyckich pierożków byłaby znacznie uboższa.

Sunday, October 4, 2026

Skuter i lotnisko, czyli jak oderwać się od ziemi

W Lhasie skutery są wszędzie. 

Ten żółty wygląda szczególnie sympatycznie, jakby ktoś połączył motorower z pudełkiem na pizzę i pomalował go kolorem, który ma człowiekowi poprawiać humor. Chińczycy mają zresztą wyjątkowy talent do robienia rzeczy praktycznych, które przy okazji wyglądają jak zabawki.


Lotnisko Lhasa Gonggar leży około 80 kilometrów od centrum Lhasy, zależnie od tego, czy liczyć od ścisłego centrum, czy całą trasę drogową. Znajduje się na wysokości około 3570 metrów nad poziomem morza. Czyli człowiek jedzie na lotnisko i nadal jest wyżej niż większość alpejskich miejscowości.


To jedno z najwyżej położonych lotnisk świata, a jego pas startowy ma cztery kilometry długości. 

I właśnie tutaj zaczyna się kolejny tybetański absurd: przy tak rozrzedzonym powietrzu samolot potrzebuje znacznie więcej miejsca, żeby wystartować i wylądować. Cztery kilometry asfaltu nie są więc fanaberią architekta, tylko bardzo praktyczną odpowiedzią na pytanie, jak oderwać od ziemi wielką metalową puszkę na wysokości ponad 3500 metrów.


Pierwszy port lotniczy w Gonggar zaczął działać w 1968 roku. 

Wtedy terminal miał zaledwie 700 metrów kwadratowych i obsługiwało go szesnaście osób. Dzisiaj człowiek wchodzi do terminalu i ma wrażenie, że znalazł się w galerii handlowej, na dworcu kolejowym i w centrum konferencyjnym jednocześnie.


Nowy terminal T3 działa od 2021 roku, a w 2024 roku lotnisko obsłużyło ponad sześć milionów pasażerów.

Chińczyk w szlafroku sprzedaje herbatę

W centrum Lhasy trafiam do sklepu z herbatą, 
który wygląda tak, jakby ktoś przez ostatnie trzydzieści lat wrzucał do niego wszystko, co da się wysuszyć, zaparzyć albo sprzedać w plastikowym słoiku. 

Na półkach herbata w czerwonych, zielonych i żółtych opakowaniach, w wielkich słojach suszone kwiaty, jakieś korzenie, zioła, jagody, liście i rzeczy, których nawet nie próbuję rozpoznać, bo człowiek na wysokości 3600 metrów powinien przede wszystkim oddychać, a dopiero potem zastanawiać się, co właśnie ogląda. 

Sklepy z herbatą i herbaciarnie są zresztą stałym elementem życia starej Lhasy.

 


Nie wiem, czy ten człowiek właśnie wstał, czy za chwilę idzie spać, czy też prowadzenie sklepu w szlafroku jest tutaj pełnoprawnym chińskim modelem biznesowym, ale wygląda na całkowicie zadowolonego z życia.

Najbardziej podoba mi się jego ubranie, bo przy całym tym ogromnym wyborze herbat, suszonych kwiatów, jagód goji, ziół i różnych tajemniczych substancji to właśnie on jest najbardziej egzotycznym towarem w sklepie.



Na jednym opakowaniu widzę mieszankę z kwiatami i owocami, na innym coś, co wygląda jak suszone gałązki po spotkaniu z bardzo zdyscyplinowaną kozą, a jeszcze gdzie indziej całe morze zielonych liści.

I nagle człowiek zaczyna rozumieć, że herbata w Azji to nie jest po prostu herbata.

To jest osobny wszechświat.




A ja stoję pośrodku tego wszechświata, patrzę na Chińczyka w szlafroku i zastanawiam się, czy kupić herbatę, czy może najpierw zapytać, gdzie kupił taki szlafrok.

Bo przecież podróżowanie polega właśnie na tym, że człowiek jedzie na drugi koniec świata po rzeczy wielkie, a potem wraca z głową pełną drobnych historii.

I czasami z herbatą.

A czasami tylko ze zdjęciem Chińczyka w szlafroku.




Wiosną wzbogacę więc swoją garderobę o kwiecisty szlafrok i, jeśli tylko będę jeszcze w Polsce, zacznę w nim chodzić do Biedronki. A właściwie dlaczego nie? Pamiętam, że na początku XXI wieku przywoziłem z Tajlandii jedwabne szlafroki na prezenty. Były granatowe, w czerwone i złote, milimetrowej wielkości kwiaty, a na plecach miały wielkie złote smoki.

Jeden taki szlafrok podarowałem kiedyś Maćkowi Maciejowskiemu. Przyjeżdżam do niego w odwiedziny do Krakowa, rano wychodzę z pokoju, a tu jego dziewczyna parzy kawę, ubrana właśnie w ten szlafrok. Ładnie wyglądała ta ówczesna blondyna. Maciek zresztą zawsze miał słabość do blondynek.

Czyli wszystko zatacza koło.

Najpierw Tajlandia, potem Chińczyk w szlafroku prowadzący sklep z herbatą w Lhasie, a teraz ja, idąc w ślady Lebowskiego i tybetańskiego przedsiębiorcy, kupię sobie odpowiedni egzemplarz na Allegro.

I będę w nim chodził do Biedronki.

Człowiek całe życie podróżuje, żeby w końcu odkryć, że najlepsze pomysły na garderobę przywozi się z Azji. 😂

Thursday, October 1, 2026

Fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też jest pewnego rodzaju egzotyka.

I nagle zamiast klasztoru, stupy, mnicha i kolejnego człowieka obracającego młynkiem modlitewnym mam przed sobą zwyczajną ulicę, czyli Tybet taki, jaki jest wtedy, kiedy nikt nie urządza go specjalnie dla pielgrzymów i fotografów.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc moja włóczęga po Dachu Świata również. Wracam do Lhasy i znowu włóczę się po ulicach, chociaż po stu latach życia w tropikach mam już serdecznie dosyć smarków w nosie, zimna i kamer zawieszonych chyba w każdym możliwym miejscu.

Ale Tybet, a właściwie ta resztka Tybetu, która jeszcze się uchowała, wcale mnie nie nudzi.

Najciekawsi są tutaj lokalsi. Patrzę na nich i przypominają mi się rajskie ptaki z Nowej Gwinei Papui, czyli stworzenia tak osobliwe, że człowiek ma czasami wrażenie, iż ktoś powinien je czym prędzej wpisać na listę gatunków chronionych, zanim świat zdąży je całkowicie przerobić na coś bardziej współczesnego, wygodnego i przewidywalnego.

Podobne skojarzenie miałem kiedyś na Andamanach i Nikobarach, tych indyjskich wyspach na Morzu Andamańskim, gdzie na North Sentinel Island żyją Sentinelczycy - lud, do którego człowiek z zewnątrz nie ma prawa się zbliżać. I może dobrze, bo są jeszcze na świecie takie miejsca, w których miejscowi nie muszą oglądać turystów, reporterów, kamerzystów ani facetów z aparatami, którzy koniecznie chcą wiedzieć, jak wygląda życie innych ludzi.

Patrzę więc na mieszkańców Lhasy i myślę sobie, że może właśnie takich ludzi najbardziej warto fotografować.

Nie dlatego, że są egzotyczni.

Tylko dlatego, że jeszcze nie wszyscy zdążyli stać się tacy sami. Ale póki co strzelam jeszcze fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też pewna egzotyka.





Trafiłem też do żeńskiego klasztoru Ani Tsankhung, ukrytego gdzieś w zaułkach starej Lhasy. Same kobiety, kwiaty, modlitwy, świeczki maślane i ta charakterystyczna tybetańska architektura, czyli wszystko pomalowane tak, żeby nawet człowiekowi przyzwyczajonemu do Indii zrobiło się trochę weselej.




Trafiam na Tybet w misce, czyli świeczki maślane. 

Tyle że słowo „świeczka” jest tutaj trochę nieuczciwe, bo to nie jest żadna elegancka europejska świeca z Ikei, tylko wielka misa wypełniona masłem, w którym pływają knoty i płonie kilka ogników. Tradycyjnie używano masła jaka, chociaż dzisiaj paliwem może być również ghee albo olej roślinny. Podziwiam te knoty i ich dyscyplinę trzymającą prostą linię.

Wednesday, September 30, 2026

Tibet Expressway

Jadę przez Tybet i zaczynam podejrzewać, 

że człowiek w tej części świata może być świadkiem rzeczy, których zupełnie się tutaj nie spodziewał. Bo oto droga prowadzi przez góry, na których nie ma prawie nic poza kamieniami, trawą, śniegiem i jakimiś nieszczęśliwymi krzakami, a przede mną pojawia się nagle tunel, i to nie taki, że dwie koparki wydłubały dziurę w skale i jakoś ją podparły, tylko porządny, szeroki, oświetlony, z wentylacją, oznaczeniami i wszystkim tym, co człowiek zwykle kojarzy raczej z autostradą gdzieś pod Alpami.


Wjeżdżamy.

I nagle robi się jasno jak w laboratorium. Lampy ciągną się kilometrami, ściany są gładkie, wszystko jest czyste, równo pomalowane, a droga wygląda tak, jakby ktoś przed chwilą wyjął ją z katalogu chińskiego ministerstwa transportu. Jedziemy przez środek góry, a ja patrzę na tę całą technikę i myślę sobie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu człowiek, który chciałby przejechać tędy, musiałby mieć dobrego konia, dużo czasu i jeszcze więcej szczęścia.

Dzisiaj wystarczy autobus.





I właśnie tutaj zaczyna się moja ulubiona część tej tybetańskiej opowieści, bo kiedy po drugiej stronie tunelu zatrzymujemy się na chwilę, żeby odpocząć, widzę coś, czego również się tutaj nie spodziewałem.

Segregację śmieci.




Cztery pojemniki stoją grzecznie obok siebie: odpady inne, odpady nadające się do recyklingu, odpady niebezpieczne i odpady kuchenne. Każdy ma swój kolor, swoją nazwę, swoje obrazki, a nad wszystkim widnieje napis 西藏高速 , czyli Tibet Expressway.

I proszę bardzo.

Na wysokości, gdzie człowiek jeszcze niedawno musiał walczyć o każdy oddech, ktoś postanowił wprowadzić zasadę, że butelka ma trafić do jednego pojemnika, a resztki jedzenia do drugiego.


Brakuje już tylko kogoś, kto przyjdzie i zwróci mi uwagę, że plastikową butelkę wrzuciłem do niewłaściwego kosza.

I wtedy przypominam sobie, jak bardzo zmienił się Tybet. Kiedyś przez te góry przemieszczali się ludzie, karawany, pielgrzymi i zwierzęta. Droga była wydarzeniem samym w sobie, a góra stanowiła przeszkodę, z którą trzeba było się dogadać. Dzisiaj droga przechodzi pod górą, samochód jedzie dalej, a człowiek zatrzymuje się po drodze tylko po to, żeby napić się kawy, skorzystać z toalety albo posegregować śmieci.

I wszystko to dzieje się w miejscu, które jeszcze chwilę wcześniej wyglądało jak koniec świata.


Patrzę więc jeszcze raz na ten tunel i na cztery kosze na śmieci i dochodzę do wniosku, że może właśnie tutaj najlepiej widać współczesny Tybet.


Z jednej strony góra, która przez tysiące lat była górą.


Z drugiej strony człowiek, który postanowił zrobić w niej tunel.


A pomiędzy jednym a drugim stoi kosz z napisem „Recyclable”.



BONUS ZDJĘCIE 



Na tablicy przy wjeździe informacja, że tunel ma 2205 metrów długości i że podczas jazdy należy włączyć światła. Bardzo rozsądne zalecenie, szczególnie jeżeli ktoś zamierza przejechać przez górę zamiast wspinać się na nią pieszo.

Monday, September 28, 2026

Kolorowa religia jest weselsza od szaro-ciemnej

Buddyzm wyrósł w Indiach, 

z tego samego wielkiego religijnego kotła, z którego przez wieki kształtował się także hinduizm. Do Tybetu przyszedł w VII wieku, między innymi z Nepalu, który od dawna pozostawał w orbicie cywilizacji wielkich Indii. 

I może dlatego tybetańskie świątynie mają w sobie coś z hinduistycznego szaleństwa kolorów, im więcej czerwieni, żółci, błękitu, zieleni i złota, tym lepiej.


Uwielbiam ten świat. 

Jest dokładnym przeciwieństwem zachodnich miejsc wiary, gdzie człowiek wchodzi do środka i od razu rozumie, że życie jest poważne, grzech jest poważny, śmierć jest poważna, a nawet światło powinno zachowywać się przyzwoicie. Tutaj natomiast wszystko jest kolorowe, trochę obdrapane, trochę wyblakłe i przez to jeszcze piękniejsze.



Dla reportera to błogosławieństwo. 


Wystarczy kawałek ściany, stary ornament, mantra, bóstwo, znak szczęścia albo modlitewny walec i już jest zdjęcie. A kiedy nad tym wszystkim rozciąga się lazurowe niebo, nawet czekająca nas śmierć wygląda jakoś bardziej optymistycznie.




Bo jeśli już mamy umrzeć, to przynajmniej wcześniej warto popatrzeć na coś tak kolorowego.




 DYGRESJA


A skoro już wspomniałem o Nepalu, to warto zrobić małą dygresję. Kraj ten przez wieki pozostawał mocno związany z cywilizacją indyjską, religią, handlem i kulturą wielkich Indii, ale jakoś nigdy nie dał się do tych Indii ostatecznie przykleić. 

Góry zrobiły swoje, politycy swoje, a historia swoje. I tak Nepal pozostał Nepalem, trochę pomiędzy Indiami, Tybetem i Chinami, trochę własnym światem, co zresztą w tej części Azji jest chyba najlepszym sposobem na przetrwanie.


Zresztą zawsze fascynowały mnie takie małe państwa, które przetrwały pomiędzy wielkimi sąsiadami. Człowiek patrzy na mapę i wydaje mu się, że wystarczy trochę nacisnąć, przesunąć granicę, wysłać wojsko i po sprawie. Historia jednak pokazuje, że z górami, ludźmi i ich uporem nie zawsze jest tak łatwo.

Sunday, September 27, 2026

Dobre miejsce zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje wiedzieć, którędy powinien wrócić

W jednym z dziedzińców stoi wysoki maszt, 

a właściwie coś pomiędzy masztem, drzewem, słupem i zwierzęciem, bo jego dolną część oblepia czarne, długie włosie jaka. I patrzę na to włosie, które zwisa ciężkimi pękami, miejscami splecione, miejscami postrzępione przez wiatr i deszcz, i myślę sobie, że człowiek przyjeżdża do Tybetu oczekiwać mistyki, a dostaje przede wszystkim jaka, który daje mleko, mięso, wełnę, skórę, włosy, siłę do pracy, a tutaj jeszcze zostaje przywiązany do świętego masztu i zaczyna pełnić funkcję, której zapewne żaden europejski krowi filozof nie potrafiłby przewidzieć.


A nad tym wszystkim wiszą modlitewne flagi, 

które wiatr nieustannie szarpie, jakby chciał z nich wyciągnąć wszystkie zapisane na nich życzenia i wysłać je gdzieś dalej, ponad mury klasztoru, ponad góry, może nawet do nieba, chociaż podejrzewam, że po kilku stuleciach tybetański wiatr ma już dosyć tej roboty i najchętniej przeszedłby na emeryturę.



Im dłużej chodzę po Tashilhunpo, tym bardziej zauważam drobiazgi. 

Na ścianach pojawiają się stare znaki szczęścia, dekoracje, symbole i ornamenty, których sens przestaje być dla mnie jasny po mniej więcej trzech sekundach patrzenia, ale może właśnie na tym polega cała rzecz.

Człowiek Zachodu chciałby wszystko zrozumieć, nazwać, sklasyfikować, opisać, najlepiej jeszcze zrobić tabelkę, a tutaj wystarczy przejść obok, spojrzeć i pozwolić, żeby ten znak sobie był, skoro przez kilkaset lat nikomu nie przeszkadzało, że nie wiem, co dokładnie oznacza.



Jakowe warkocze


I tak chodzę po tych dziedzińcach, między czerwonymi ścianami, starymi drzwiami, drewnem, kamieniem, włosiem jaka i znakami szczęścia, zaglądam w kolejne zaułki, za którymi znowu pojawia się jakiś korytarz, a za nim następny dziedziniec, i zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie ten klasztor podoba mi się najbardziej. Nie dlatego, że jest największy ani dlatego, że ma najwięcej złota, posągów czy historii do opowiedzenia. Po prostu można się tutaj zgubić.

A ja zawsze uważałem, że dobre miejsce zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje wiedzieć, którędy powinien wrócić.

Saturday, September 26, 2026

Tashilhunpo. Drzwi, za którymi została historia

Tashilhunpo to klasztor, 

który podobał mi się najbardziej. Mógłbym tam nawet zamieszkać, gdyby tylko pogoda bywała trochę lepsza, a klasztor leżał w kraju bez kamer i Komunistycznej Partii Chin. Było słońce, wielkie połacie niebieskiego nieba i, co dla mnie równie ważne, mało ludzi. I chyba właśnie to najbardziej wpłynęło na moją pozytywną ocenę Tashilhunpo.

Można było spokojnie chodzić, zaglądać w różne kąty i nie mieć wrażenia, że człowiek uczestniczy w wycieczce szkolnej liczącej pięćset osób.


A te białe stupy,  

jedne z nielicznych, które przetrwały to, co Chińczycy zniszczyli w całym Tybecie, są dziś już rzadkimi okazami. Patrząc na nie, przypomniały mi się birmańskie pagody w wioskach, w lepszych czasach, kiedy junta  w Birmie nadal rządziła, ale przynajmniej zabijała mniej ludzi. 

Tutaj też człowiek zaczyna doceniać nie tylko to, co widzi, ale przede wszystkim to, co jakimś cudem przetrwało.

Kraj buddyjski, a jednak jakaś zła karma nad nim wisi. Patrząc na Tybet i Birmę, te dwa buddyjskie światy, które powoli znikają pod naporem polityki, przemocy i historii, trudno oprzeć się wrażeniu, że Budda wyjątkowo surowo potraktował swoich wyznawców.


Dobrze, że jeszcze Sri Lanka i Tajlandia trwają. Może Budda zostawił sobie tam jeszcze trochę nadziei?



Do tego te drzwi. 

W Tashilhunpo jest ich mnóstwo i część prowadzi właściwie donikąd, albo przynajmniej nie wiadomo, dokąd prowadzi, bo są zamknięte, stare i wyglądają tak, jakby za nimi musiało znajdować się coś niezwykle ważnego. Do tego dochodzą wąskie uliczki, zaułki, schody i przejścia prowadzące w miejsca, których nie ma na żadnej mapie. Człowiek idzie więc przed siebie i cały czas ma wrażenie, że za następnym rogiem znajdzie coś, czego nie powinien był znaleźć.



I chyba właśnie dlatego tak mi się tutaj podobało. Nie było tu tylko wielkich świątyń i oficjalnych tras dla zwiedzających. Był cały mały świat ukryty za murami, trochę tajemniczy, trochę niedostępny i sprawiający wrażenie, jakby nadal żył własnym życiem.



Tashilhunpo ma prawie sześćset lat

i może właśnie dlatego człowiek przestaje tutaj liczyć czas. Najpierw widzi złote dachy, białe stupy i czerwone mury, potem kolejne dziedzińce, korytarze i drzwi, aż w pewnym momencie zaczyna rozumieć, że nie zwiedza już klasztoru, tylko chodzi po śladach ludzi, którzy przez setki lat przychodzili tutaj z tymi samymi pytaniami, modlitwami i nadziejami, choć oczywiście żaden z nich nie miał pojęcia, że pewnego dnia jakiś facet z Polski będzie fotografował ich drzwi.



Najbardziej lubię jednak właśnie drzwi. 

Nie te wielkie, reprezentacyjne, przez które przechodzą tłumy, lecz te małe, stare, drewniane, z zawiasami pamiętającymi czasy, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o elektryczności, internecie ani o tym, że pewnego dnia klasztor odwiedzać będą ludzie robiący zdjęcia telefonami. Jedne są czerwone, inne brunatne od wieku, jeszcze inne mają kolor drewna, które przez setki lat było dotykane przez ręce mnichów. I wszystkie są zamknięte.



Patrzę na jedne z nich 

i zastanawiam się, co znajduje się po drugiej stronie. Może kaplica, może magazyn, może pomieszczenie, do którego nikt poza mnichami nie zagląda, a może po prostu zwykły pokój, w którym ktoś kiedyś spał, jadł i narzekał na zimno, bo przecież nawet w świętym klasztorze trzeba czasem gdzieś położyć miskę, wysuszyć ubranie i pójść spać. 

Wielkie religie mają swoje doktryny, święte księgi i wielkich nauczycieli, ale ich historia składa się również z takich właśnie drobiazgów: zawiasów, progów, drewnianych belek, wydeptanych kamieni i drzwi zamykanych wieczorem.

Tashilhunpo było przez wieki siedzibą Panczen Lamów, jednym z najważniejszych ośrodków tybetańskiego buddyzmu. Tutaj uczono, modlono się, kopiowano teksty, debatowano i przekazywano wiedzę z pokolenia na pokolenie. 


A potem przyszło XX stulecie, polityka, rewolucja, zniszczenia i odbudowa, i klasztor, który wcześniej żył własnym rytmem, musiał nauczyć się istnieć w zupełnie innym świecie.


I może dlatego te stare drzwi robią na mnie większe wrażenie niż złote stupy. Złoto można odnowić, ścianę można pomalować, dach można pokryć nową blachą, ale drewno pamięta dotyk rąk. Każde zadrapanie jest tutaj jak przypis do historii, której nikt już nie potrafi przeczytać.

A ja stoję przed jednym z tych drzwi, robię zdjęcie i przez chwilę mam wrażenie, że Tashilhunpo nie mówi do mnie nic. I może właśnie o to chodzi. Po sześciuset latach klasztor nie musi już niczego wyjaśniać. Po prostu stoi. A człowiek przychodzi, patrzy, robi zdjęcie i odchodzi. 

Friday, September 25, 2026

Tybet. Po drugiej stronie Kailaszu

Fajnie było na pielgrzymce, ale teraz trzeba wrócić do Lhasy. Kierowca musi robić przerwy co kilka godzin, inaczej grozi mu utrata prawa jazdy. Nie ma żartów. Chińczycy nie żartują, prawda?

Znacie jakieś komedie chińskie?

Najbardziej uderza jednak liczba kamer. Jedziesz przez pustkowie, gdzie przez kilkadziesiąt kilometrów możesz nie spotkać człowieka, a mimo to masz wrażenie, że ktoś patrzy. W Tybecie nawet pustka jest monitorowana.


Droga przez Tybet ma swoje prawa. 

Człowiek może jechać godzinami przez krajobraz, w którym nie ma niczego oprócz kamienia, śniegu i nieba, a potem nagle pojawia się znak ostrzegający przed zmęczeniem kierowcy. 

„Fatigue driving brings endless troubles”, te kilka słów, które brzmią jak fragment instrukcji obsługi życia. Tutaj, na wysokości, gdzie każdy oddech przypomina o swojej cenie, nawet zmęczenie zostało objęte administracją.




Potem miasto. 

Czerwone słupy, czerwone flagi, kamery, skutery, kwiaty w drewnianych skrzyniach i ludzie przechodzący obok siebie, jakby każdy należał do innej historii. Tybetańskie ornamenty spotykają chińską infrastrukturę, stare znaki spotykają nowe urządzenia, a nad wszystkim góra, która od tysięcy lat nie musi nikomu tłumaczyć, po której jest stronie. 

Miasto wygląda spokojnie. I właśnie ta spokojność jest tutaj najbardziej wymowna.



Samochód zatrzymany przy ulicy, a za nim góra. 

Ford, chińskie tablice, sklep z elektroniką, kolorowe szyldy, kwiaty i wielkie, suche zbocze wyrastające nad miastem. Wszystko wydaje się przypadkowe, dopóki nie spojrzeć drugi raz: samochód mówi o współczesności, sklep o gospodarce, znaki o państwie, a góra o czymś, czego żadna z tych rzeczy nie zdołała jeszcze zmienić.


Sklep na tybetańskiej ulicy wygląda jak małe archiwum codziennego życia. 

Na półkach stoją towary, których nazw nie potrafię przeczytać, przed sklepem ludzie prowadzą rozmowę, której również nie rozumiem, a nad nimi wszystkimi widnieje napis w języku, który dla przybysza pozostaje tajemnicą. I może właśnie dlatego ta scena wydaje mi się tak prawdziwa: człowiek wchodzi tutaj jako obcy, patrzy przez chwilę, próbuje odczytać kilka znaków, po czym odkrywa, że w Tybecie nawet zwykły sklep jest dokumentem historii.

Thursday, September 24, 2026

Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości

Odwrót spod Kailaszu. 

Pielgrzymka skończona, święta góra zostaje za plecami, a ja znowu wsiadam do samochodu i zaczynam drogę powrotną do Lhasy, czyli wracam do świata, w którym człowiek nie musi już codziennie negocjować z własnymi płucami, kolanami i wysokością. 

Przez kilka dni byłem prawdziwym pielgrzymem, chodziłem po kamieniach, wspinałem się na 5600 metrów, oglądałem ludzi palących modlitewne kartki, wnuczki podtrzymujące babcie i facetów z butlami tlenowymi, a teraz siedzę sobie wygodnie i patrzę, jak święty Tybet przesuwa się za szybą.


Krajobraz niewiele się zmienia, bo tutaj wszystko wygląda tak, jakby ktoś przed milionami lat rozpoczął wielkie dzieło budowlane, po czym rzucił narzędzia i powiedział: dobra, dalej już nie robię. 

Góry, pustka, śnieg, kamienie, trochę trawy i ta nieskończona przestrzeń, w której człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy potrafili przez stulecia żyć tutaj bez potrzeby stawiania centrów handlowych co trzy kilometry. No bo, jak? 

Dwie osoby na kilometr kwadratowy razem z armią Chińczyków osiedlających się duzymi falami od ponad 20 lat.

W samym Tybetańskim Regionie Autonomicznym żyje prawie 4 miliony jaków, to więcej niż ludzi.



Aż nagle pojawia się stacja benzynowa. I jest w tym coś wzruszającego, bo po całej tej duchowości, mantrach, świętych jeziorach i górze zamieszkałej przez bogów wracamy do rzeczy naprawdę ważnych: benzyny, oleju i rachunku. Człowiek patrzy na dystrybutory i czuje, że cywilizacja jednak o nim nie zapomniała.




Dalej droga prowadzi przez przełęcze i doliny, a ja zaczynam sobie uświadamiać, że ta podróż działa trochę jak sen. Najpierw Lhasa, potem klasztory, Everest, pustka zachodniego Tybetu, Kailasz, kora, Manasarovar, a teraz znowu droga powrotna. Człowiek widział tyle rzeczy, że mózg zaczyna je układać w jedną wielką historię, tylko nie bardzo wiadomo, gdzie w niej kończy się geografia, gdzie religia, a gdzie zwykłe zmęczenie.

I właśnie wtedy mijamy znak ograniczenia prędkości do pięciu kilometrów na godzinę i pomyślałem sobie, że Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości. Po tylu dniach na Dachu Świata pięć kilometrów na godzinę nie jest już nawet ograniczeniem. 

To jest filozofia życia.

 



Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem. 

Coś z tej góry jedzie razem z nim. Może trochę kamieni w butach, może kilka zdjęć, może zmęczenie nóg, a może po prostu świadomość, że gdzieś daleko na zachodzie Tybetu istnieje miejsce, do którego można dojść pieszo, jeśli człowiek jest wystarczająco uparty i ma wystarczająco mało rozsądku.

Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄

Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.