Dzieci rosną. To fakt biologiczny, z którym trudno dyskutować. Najpierw trzeba im kupować mleko, potem buty, później komputery, a w końcu okazuje się, że jedno z nich postanowiło zostać wojskowym.
Nîmes, oryginalnie chłopak z Bangkoku, przysłał mi właśnie swoje najnowsze zdjęcia z Lopburi.
I proszę bardzo.
Najpierw chłopaki w mundurach, siedzący na trybunach. Potem większa grupa, już w pełnym wyposażeniu. A na końcu Nîmes w galowym mundurze, przed wojskową flagą, z miną człowieka, który właśnie oficjalnie awansował z kategorii „dziecko” do kategorii „człowiek, którego ojciec zaczyna się trochę bać”.
Indochiny tymczasem niewiele się zmieniły od czasów „Czasu Apokalipsy”.
Nadal są dżungle. Nadal są komary. Nadal jest wilgoć, upał i błoto.
Doszły tylko drony.
Wojsko jest zresztą w Tajlandii instytucją dość specyficzną. Dla młodego człowieka z Bangkoku droga do wojskowej szkoły oznacza wejście w zupełnie inny świat. Nagle zamiast miejskiego chaosu są mundury, koszary, musztra, broń, koledzy z całego kraju i bardzo konkretne polecenia, których raczej nie da się skwitować tajskim „mai pen rai”.
A potem, oczywiście, trzeba zrobić sobie zdjęcie z kolegami.
I człowiek patrzy na te fotografie i zastanawia się:
Kiedy, do cholery, to się stało?
Przecież jeszcze niedawno dzieci były dziećmi.
A teraz jedno studiuje w Bangkoku, drugie zakłada mundur, trzecie ma własne życie, a człowiek zaczyna odkrywać, że dzieci mają zwyczaj dorastać bez pytania rodziców o zgodę.
Na szczęście Indochiny pozostają na miejscu.
Dżungla jest. Komary są. Wojsko jest. Drony są.
Francis Ford Coppola miałby dziś trochę łatwiej. Nie musiałby nawet budować całej scenografii.
Wystarczyłoby wysłać ekipę do Lopburi. Resztę Tajlandia załatwi sama.



No comments:
Post a Comment