Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją.
Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.
Na szczęście można jeszcze uciec.
Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.
Magnes na lodówkę to trofeum współczesnego zdobywcy świata. Przyjeżdża, fotografuje cudzą kulturę, kupuje magnes i wraca z poczuciem, że Afryka została zaliczona. A potem przykleja ten kawałek plastiku obok Wenecji, Tajlandii i egipskich piramid. Cała planeta w jednym rzędzie, a pod spodem zamrażarka z pierogami. #Afryka
— Leonard Szuszkiewicz (@Tribudragon) October 16, 2026




No comments:
Post a Comment