Thursday, October 1, 2026

Fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też jest pewnego rodzaju egzotyka.

I nagle zamiast klasztoru, stupy, mnicha i kolejnego człowieka obracającego młynkiem modlitewnym mam przed sobą zwyczajną ulicę, czyli Tybet taki, jaki jest wtedy, kiedy nikt nie urządza go specjalnie dla pielgrzymów i fotografów.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc moja włóczęga po Dachu Świata również. Wracam do Lhasy i znowu włóczę się po ulicach, chociaż po stu latach życia w tropikach mam już serdecznie dosyć smarków w nosie, zimna i kamer zawieszonych chyba w każdym możliwym miejscu.

Ale Tybet, a właściwie ta resztka Tybetu, która jeszcze się uchowała, wcale mnie nie nudzi.

Najciekawsi są tutaj lokalsi. Patrzę na nich i przypominają mi się rajskie ptaki z Nowej Gwinei Papui, czyli stworzenia tak osobliwe, że człowiek ma czasami wrażenie, iż ktoś powinien je czym prędzej wpisać na listę gatunków chronionych, zanim świat zdąży je całkowicie przerobić na coś bardziej współczesnego, wygodnego i przewidywalnego.

Podobne skojarzenie miałem kiedyś na Andamanach i Nikobarach, tych indyjskich wyspach na Morzu Andamańskim, gdzie na North Sentinel Island żyją Sentinelczycy - lud, do którego człowiek z zewnątrz nie ma prawa się zbliżać. I może dobrze, bo są jeszcze na świecie takie miejsca, w których miejscowi nie muszą oglądać turystów, reporterów, kamerzystów ani facetów z aparatami, którzy koniecznie chcą wiedzieć, jak wygląda życie innych ludzi.

Patrzę więc na mieszkańców Lhasy i myślę sobie, że może właśnie takich ludzi najbardziej warto fotografować.

Nie dlatego, że są egzotyczni.

Tylko dlatego, że jeszcze nie wszyscy zdążyli stać się tacy sami. Ale póki co strzelam jeszcze fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też pewna egzotyka.





Trafiłem też do żeńskiego klasztoru Ani Tsankhung, ukrytego gdzieś w zaułkach starej Lhasy. Same kobiety, kwiaty, modlitwy, świeczki maślane i ta charakterystyczna tybetańska architektura, czyli wszystko pomalowane tak, żeby nawet człowiekowi przyzwyczajonemu do Indii zrobiło się trochę weselej.




Trafiam na Tybet w misce, czyli świeczki maślane. 

Tyle że słowo „świeczka” jest tutaj trochę nieuczciwe, bo to nie jest żadna elegancka europejska świeca z Ikei, tylko wielka misa wypełniona masłem, w którym pływają knoty i płonie kilka ogników. Tradycyjnie używano masła jaka, chociaż dzisiaj paliwem może być również ghee albo olej roślinny. Podziwiam te knoty i ich dyscyplinę trzymającą prostą linię.

No comments:

Post a Comment