Thursday, August 27, 2026

Sklep, w którym Tybet można zabrać ze sobą

W Lhasie, kilka ulic od najważniejszych świątyń, trafiłem do sklepu, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak połączenie galerii sztuki, pracowni rzemieślniczej i magazynu. Nie było tu jednak typowej dla turystycznych bazarów masy plastikowych pamiątek. Na półkach leżały wełniane kilimy, koce i tkaniny, a na ścianach wisiały przedmioty nawiązujące do tradycyjnej sztuki tybetańskiej.



Najbardziej zaskoczyła mnie różnorodność materiałów. Obok grubych, niemal surowych wyrobów z wełny jaka pojawiały się miękkie tkaniny, kolorowe dywany, poduszki i dekoracyjne aplikacje. Wiele wzorów opierało się na charakterystycznej tybetańskiej geometrii: nieskończonych węzłach, lotosach, ornamentach i symbolach buddyjskich. Tradycyjny tybetański wyrób nie musi być przy tym muzealnym eksponatem. Te same motywy trafiają dziś na koce, poduszki czy dywany, które mają znaleźć miejsce we współczesnym domu.






W sklepie znalazła się także opowieść o yak-kulu. To określenie jest warte uwagi, bo w tradycji tybetańskiej rzeczywiście występuje termin yak-kulu odnoszący się do delikatnego włókna z podszerstka jaka. W literaturze dotyczącej tradycyjnych tkanin tybetańskich rozróżnia się m.in. wełnę jaka, kaszmir kozi i yak-kulu.

Sprzedawca przedstawiał włókno jaka jako wyjątkowo miękkie i ciepłe. I rzeczywiście, delikatny puch jaka należy do luksusowych włókien zwierzęcych i może być bardzo cienki. Nie jest jednak dosłownie kaszmirem: kaszmir pochodzi z kóz kaszmirskich, podczas gdy yak-kulu pochodzi z delikatnego podszerstka jaka.

Na jednej z tablic przeczytałem nawet, że do wykonania dużego szala potrzeba aż 150 kilogramów oczyszczonego włosia jaka. Tę liczbę potraktowałbym jednak jako element sklepowej opowieści marketingowej, a nie informację techniczną, której należałoby bez sprawdzenia używać w tekście.






Były tu również przedmioty, które znacznie mocniej wiązały się z religijną kulturą Tybetu. Jednym z nich była drewniana, bogato malowana dekoracja przedstawiająca Garudę, mityczną istotę znaną z tradycji buddyjskiej i hinduistycznej. Żywe kolory, czerwone tło, złocenia, kwiaty i wijące się roślinne ornamenty sprawiały, że wyglądała jak fragment wyposażenia klasztoru przeniesiony do sklepowej galerii.

Obok znalazła się nawet dość niezwykła maska przedstawiająca starszego mężczyznę z długą brodą. Nie próbowałbym jednak nadawać jej konkretnej tożsamości bez informacji od sprzedawcy. W tybetańskich sklepach z rękodziełem obok przedmiotów o jednoznacznie religijnym charakterze można znaleźć także współczesne dekoracje inspirowane lokalną ikonografią.




 

Wednesday, August 26, 2026

Lhasa - jest gdzie oko zawiesić

Ciągle kręce się po centrum miasta i przygladam się ludziom. Prawie każdy wygląda jak z innej bajki. Szkoda, że niebo jest zachmurzone. Jedyny plus to wyjątkowy blask złotych dachów.


Wśród tego tłumu wciąż można dostrzec elementy dawnego Tybetu: stroje, biżuterię, religijne przedmioty i charakterystyczne zdobienia. Ale współczesność jest równie obecna, także w postaci masowej turystyki i wszechobecnych chińskich napisów.


Generalnie to filmuje dużo, a zdjęcia to ofekt uboczny: automatyczny.


Też kiedyś miałem taki młynki modlitewne. Dwadzieścia lat temu szły na Allegro jak świeże bułeczki :)


Dziś nie mam czasu na chodzenie po sklepach z turystycznymi gadżetami.  Za to tybetańskie knajpy to rarytas. Zanim coś podadzą na ząb, gorąca herbatka z termosu na koszt firmy to piękny zwyczaj.


 

Tuesday, August 25, 2026

Historia zaczęła się tu ponad 1300 lat temu

Jokhang powstał w VII wieku i przez niemal 1400 lat pozostaje jednym z najważniejszych centrów buddyzmu tybetańskiego. Dzisiejsza architektura jest oczywiście rezultatem wielowiekowych przebudów i rozbudowy, ale najstarsze początki świątyni sięgają czasów Songtsena Gampo.


Dzisiejszy Jokhang jest oczywiście rezultatem wielu przebudów, ale jego najważniejsza historia zaczęła się ponad 1300 lat temu. Dla pielgrzymów pozostaje miejscem szczególnym, a dla przybysza jednym z tych punktów Tybetu, w których historia nie jest zamknięta w muzeum, lecz nadal dzieje się na oczach odwiedzających.


Na chwile, udało się znaleźć miejsce bez ludzi, spokojny zakątek świątyni. 
Zachodni turyści mogą przebywać tu tylko godzinę - czas jest limitowany.


 

Tybet wieczorową porą

Wieczorem Lhasa zmienia charakter. Białe, masywne ściany tradycyjnych tybetańskich domów zaczynają świecić złotym światłem, a dekoracyjne okna i balkony nabierają niemal teatralnego wyglądu. Tradycyjna architektura nie znika jednak pod naporem współczesności zmienia wygląd.
 


Duże, jaskrawo podświetlone szyldy i napisy po chińsku przytłaczają swoją wielkością znacznie skromniejsze napisy tybetańskie. W blasku neonów chińskie znaki dominują nad ulicą, podczas gdy tybetański alfabet pozostaje często jedynie dodatkiem





 

Monday, August 24, 2026

W Tybecie też grają do kotleta

Człowiek nie żyje tylko zwiedzaniem świątyń, podziwianiem posągów i wymyślaniem intrug na użytek literatury pieknej. Jednym z najciekawszych miejsc w Tybecie były lokalne restauracje.


Jeszcze nie zaczęła się na dobre uczta, a pojawiła się muzyka i śpiew. 

Tradycyjne tybetańskie stroje okazały się szatami wartymi uwagi. Złoto, pomarańcz, zieleń, czerń i intensywne kolory pasów tworzą niemal teatralny obraz. Jeden z muzyków gra na flecie, inni na tradycyjnych instrumentach strunowych. Kobieta śpiewa, potem mężczyzna śpiewa, potem obije śpiewają. Maklakiewicz i Himilsbach nie mieliby powodów do narzekań na nudy, gdyby ze statku na Wiśle pod Toruniem, Marek Piwowski przeniósł scenę na ponad 3600 metrów nad poziomem morza. A tak? Zostali na nizinach i improwizowali u podnóża zamku krzyżackiego :)



Przy stole pojawiają się pierożki momo, warzywa, grzyby i mięso. W centrum stoi miedziany kocioł, w którym gotuje się kolejne składniki. Jest kolorowo, obficie i zupełnie inaczej niż w europejskiej restauracji.




Patrzę na ich stroje i mam wrażenie, że każdy z nich jest osobną opowieścią. Haftowane wzory, szerokie rękawy, pasy z wielobarwnych tkanin, ciężka biżuteria i charakterystyczne nakrycia głowy przypominają, że kultura Tybetu nie zamyka się w murach klasztorów.




 

Saturday, August 22, 2026

Tutaj filozofii się nie słucha, lecz trzeba ją bronić

W Sera buddyzm można zobaczyć nie tylko w modlitwie, medytacji i rytuałach. Na klasztornym dziedzińcu mnisi uczą się poprzez debatę filozoficzną.



Dyskusje są dynamiczne. Padają pytania i odpowiadzi. 
Argumenty przeciwnika są podważane, występują próby obrony własnego rozumowania.



Towarzyszą temu charakterystyczne gesty, energiczne klaśnięcia i ruch całego ciała. Z boku wygląda to niemal jak przedstawienie, ale dla mnichów jest to poważny trening filozoficzny.



Przez wieki Sera było jednym z najważniejszych ośrodków nauki buddyzmu tybetańskiego. Dziś jest to ciągle ważna tradycja: dyskusja w ogrodzie.


Friday, August 21, 2026

Gra Go kontra Szachy, czyli gdyby Pan Samochodzik wybrał się w Tybet

Jakby Zbigniew Nienacki zdecydował się przenieść postać Pana Samochodzika w Tybet, to miałby przebogaty materiał symboliczny, o wiele bogatszy niż wykreowany przez Niemców w białych płaszczach.

Poza tym inna kolorystyka, estetyka, głębsze korzenie pozwalają na knucie intrygi z ukrytymi skarbami w wielowarstwowych pokładach historycznych. Nawet Dan Brown mógłby opuścić w końcu Watykan i dać pograsować  profesorowi Robertowi Langdonowi na nowym terenie. 

Pierwszy już nic nie stworzy, a drugi nic nie zmieni i nie zmodyfikuje. Jest pole do popisu 👺


Drzwi czerwone. Muszę się przyznać, że mam podobne w domu w Tajlandii... prowadzą do jednej łazienki. Po przekroczeniu progu nic już nie będzie takie samo jak dotychczas. Gwarantuje wam.



Ta pusta sala modlitewna, mnisi wyszli do ogrodu (wytłumaczę później - po co wyszli) nadaje skojarzenia z Imieniem Róży. Ale oczywiście jest bardziej ciepła, nie tylko przez bogate barwy.



Co zginęło? Co zasłonieto? Możliwości spekulacji są ogromne, kombinacji więcej jak w grze w go vs szachy.

Szachy pokazują, jak pokonać przeciwnika. Go pokazuje, jak zbudować sytuację, w której przeciwnik ma coraz mniej możliwości działania.


Niebieska twarz strażnika klasztoru, wyraziste oczy, broda, fantastyczne zwierzęta i kłębiące się chmury tworzą świat, w którym granica między religią, mitem i sztuką całkowicie się zaciera. 

Właśnie o to chodzi, aby nie być takim dosłownym. To zależy od czytelnika, ile rozpozna pokładów tajemnic i intryg.



W buddyzmie tybetańskim słowa nie są jedynie tekstem do przeczytania, mają inne formy zapraszające do interakcji. Słowo MANTRA - budzi chyba jakieś skojarzenia?



Patrzę na złoty posąg Tsongkhapy i widzę, czym jest tybetański buddyzm.  To nie tylko modlitwa i kadzidła. To przede wszystkim ogromny systemem wiedzy i nauki przekazywanej przez pokolenia. Taka podróż w przeszłość i przyszłość zarazem. Tak jak sugeruje zasada holograficzna, rozwijana przez fizyków zajmujących się teorią strun:

cyt. {W pewnych sytuacjach fizyczny opis świata znajdującego się w określonej objętości może być równoważny opisowi zapisanym na jego granicy, czyli „świat jest hologramem”.}

Pan Samochodzik mógłby przeprowadzić śledztwo i ustalić, czy świat, który postrzegamy, może nie być fundamentalnym poziomem rzeczywistości, a przy okazji odkryć trochę złotych artefaktów, których nie mógł doliczyć się mój tybetański przewodnik.

Samotność to duży walor i przywilej

Klaszto Drepung był pierwszym w Lhasie i na całej tybetańskiej trasie. Leżący daleko od centrum miasta kompleks klasztorny, który kiedyś był miastem sam w sobie miał jeden duży walor - mało ludzi. Było można tam nawet zgubić się (specjalnie) i w zaciszu chłonić energię tej "czakry".


Przypomniałem sobie o moim dobrym koledze Matysie, którego odwiedziłem w Bieszczadach w marcu. Wiele lat temu kupił tam ziemię i wybudował sobie chatę, aby zażywać "luksusowej samotności". Wkrótce zaczęli pojawiać się sąsiedzi (lepsi i gorsi), nie dostawał listów z gminy, gdyż nadal miał "meldunek" w dużym  mieście skąd pochodzi. Ostatnio zaczęły krążyć drony sprawdzające zgodność zabudowy z planami i aktualnym układem urbanistycznym. Uciekając na koniec Polski stał się obiektem wystawionym na pustym polu, gdzie schować można się tylko pod koronami rozłożystych drzew, które niestety rosną bardzo powoli w naszym klimacie. Goodbye PRYWATNOŚĆ



Wiadomo, że o żadnej prywatności nie ma mowy w Chinach, już od dawna. Tym bardziej ceniłem możliwość pochodzenia wąskimi uliczkami Drepung - choć kilka krótkich minut. Oczywiście są w Tybecie prawdziwe pustkowia, ale tam nie rosną drzewa. 



O systemie rozpoznawania twarzy w Chinach będę jeszcze pisał, ale aby nie psuć sobie humoru na dziś pooglądam zdjęcia. Trzeba umieć się cieszyć z najmniejszych rzeczy i z najkrótszych chwil.



 

Thursday, August 20, 2026

Klasztor Drepung, który był kiedyś miastem

Drepung nie robi na mnie wrażenia zwykłego klasztoru. Położony na zboczach gór na obrzeżach Lhasy, wygląda raczej jak całe miasteczko przyklejone do skalistego zbocza. Białe ściany, ciemnoczerwone pasy, złote ornamenty, okna zasłonięte kolorowymi płótnami i dachy zakończone złotymi elementami tworzą niezwykłą architekturę, która z daleka niemal zlewa się z górskim krajobrazem.



Drepung założono w 1416 roku przez Jamyanga Choje Tashi Paldena, ucznia Tsongkhapy, twórcy szkoły Gelug. Przez kolejne stulecia był jednym z najważniejszych ośrodków tybetańskiego buddyzmu i zarazem ogromnym centrum nauki. W najlepszym okresie mieszkały tu tysiące mnichów. Dawne źródła mówią nawet o około 8–10 tysiącach, dlatego Drepung bywa określany jako jeden z największych klasztorów w świecie buddyjskim.



Wchodzę dalej. W jednej z kaplic płoną rzędy małych lampek maślanych. Za szybą stoją figury nauczycieli i bóstw, wszystko jest złote, czerwone, kolorowe i niezwykle szczegółowe. Na zewnątrz światło odbija się od białych ścian, a ponad dachami widać nagie, skaliste góry.



Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Drepung był częścią zupełnie innego świata. Dziś przyjeżdżają tutaj autobusy z turystami, obowiązuje współczesna infrastruktura, a obok wielowiekowych budynków pojawiają się kamery i urządzenia monitoringu. A jednak wystarczy odejść kilka metrów od głównego szlaku, żeby znów znaleźć się w przestrzeni, w której czas płynie znacznie wolniej.



Na ostatnim zdjęciu widać zbocze przygotowane jako miejsce prezentacji gigantycznej thangki podczas święta Shoton.

Drepung nie ma klasycznego, pionowego „muru thangki” jak niektóre inne klasztory; wielką thangkę rozwija się na specjalnie przygotowanym stoku wzgórza za kompleksem klasztornym.

Podczas Shoton Festival, czyli Święta Jogurtu, odbywa się tutaj jedna z najbardziej spektakularnych ceremonii Tybetu. O świcie mnisi wynoszą ogromną, zwiniętą thangkę i rozwijają ją na zboczu, tak aby monumentalny wizerunek Buddy został „oświetlony” pierwszymi promieniami słońca. Współczesne relacje opisują thangkę o powierzchni około 500 m², a w ceremonii uczestniczą setki mnichów i tysiące pielgrzymów oraz turystów.

Co ważne, Shoton rozpoczyna się właśnie w Drepungu. Tradycja święta związana jest z zakończeniem letniego odosobnienia mnichów, których po powrocie witano ofiarowując jogurt,  stąd nazwa „Święto Jogurtu”. Z czasem święto rozrosło się do wielkiego wydarzenia z operą tybetańską i innymi uroczystościami, ale gigantyczna thangka w Drepungu pozostaje jego najbardziej charakterystycznym początkiem.

Wednesday, August 19, 2026

W klasztorze Drepung na zachodnich obrzeżach Lhasy

Stojąc tutaj, łatwiej więc zrozumieć, dlaczego Drepung jest czymś więcej niż tylko kolejnym pięknym tybetańskim klasztorem. To właśnie tutaj znajdowała się dawna rezydencja, od której wzięła nazwę polityczna epoka Dalajlamów.


Nad tradycyjnymi murami i charakterystycznymi dachami powiewa dziś flaga Chińskiej Republiki Ludowej, a przed wejściem stoją autobusy przywożące turystów. W środku natomiast nadal można zobaczyć stare malowane ornamenty, drewniane okna, białe ściany i rząd złotych młynków modlitewnych, które obracają się tak samo jak w wielu innych miejscach Tybetu.





Gaden Podrang, czyli mniej więcej „Pałac Ganden”, był pierwotnie rezydencją Dalajlamów w Drepungu. Budynek powstał w XVI wieku z inicjatywy II Dalajlamy Genduna Gyatso. Przez pewien czas mieszkali tutaj kolejni Dalajlamowie: od drugiego aż do piątego.



I właśnie z tym miejscem wiąże się nazwa Ganden Podrang, która z czasem przestała oznaczać jedynie pałac. W 1642 roku, kiedy V Dalajlama umocnił swoją władzę polityczną, nazwa jego rezydencji zaczęła być używana jako określenie całego systemu rządów. 

Powstał Ganden Podrang –> tybetański system administracji, w którym władza religijna i świecka znalazły się w rękach Dalajlamy.

To jeden z tych momentów, kiedy historia konkretnego budynku okazuje się historią całego kraju.

V Dalajlama ostatecznie przeniósł swoją siedzibę do rozbudowywanego Potali, ale nazwa Ganden Podrang pozostała określeniem systemu politycznego. Potala stała się zimową rezydencją Dalajlamów i siedzibą administracji, podczas gdy latem dwór przenosił się do Norbulingki. UNESCO do dziś opisuje Potala, Norbulingkę i Dżokhang jako zespół miejsc, które łączyły w Lhasie funkcje religijne, administracyjne i symboliczne.



Na starej, chropowatej ścianie znajduje się niewielka tablica: Gaden Podrang, zapisane jednocześnie po tybetańsku, chińsku i po angielsku. Kilka metrów dalej pielgrzym przechodzi obok młynków modlitewnych.

Trudno o lepszy obraz Lhasy.

Kilkaset lat historii, religii i polityki na jednej ścianie, a obok współczesny Tybet, który próbuje zachować swoje dziedzictwo w zupełnie nowej rzeczywistości.

Tuesday, August 18, 2026

Pierwszy wieczór w Lhasie

Poleciałem na miasto. Plan oczywiście miałem. Na początek kupiłem power bank z oznaczeniem CCC, czyli China Compulsory Certification, dzięki któremu mogłem spokojnie podróżować po Chinach, a potem ruszyłem zobaczyć, co jeszcze uda się znaleźć przed zapadnięciem zmroku. Nie chciałem od razu realizować programu z przewodnika, po prostu ruszyłem przed siebie, obserwując miasto i łapiąc pierwsze obrazy Lhasy.


Zobaczyłem z daleka Potala Palace. Potężny biało-czerwony kompleks na wzgórzu natychmiast przyciągał wzrok i trudno było przejść obok niego obojętnie. To właśnie ten widok miałem przed oczami, kiedy myślałem o Lhasie przed przyjazdem.




Po drodze zatrzymała mnie zielona skrzynka pocztowa. Jej forma przypominała mi brytyjskie pillar boxes, charakterystyczne kolumnowe skrzynki, które od XIX wieku stały się jednym z symboli brytyjskiego systemu pocztowego. Pamiętałem ich oryginały z wyspy Penang, w Malezji, a w Tybecie znalazłem wariant chiński.

Chińska poczta ma oczywiście zupełnie inną historię, ale ten znajomy kształt w tak odległym miejscu był dla mnie ciekawym drobiazgiem.



Wieczorem wróciłem w okolice Barkhoru, najstarszego handlowego serca Lhasy, gdzie nocowałem.
Wraz z zapadającym zmrokiem zaczęły rozświetlać się fasady sklepów, a szczególnie rzucały się w oczy ogromne, złocone salony jubilerskie, których architektura wyglądała niemal jak współczesne pałace. 

Jeden z nich należał do Lao Feng Xiang, chińskiej marki jubilerskiej istniejącej od 1848 roku. Przyzwyczajony w Tajlandii do sklepów ze złotem co 100 metrów, musiałem przynać, że oryginalne chińskie wersje są "powalające".

Obok tradycyjnych tybetańskich motywów pojawiły się więc złoto, luksus i współczesny chiński handel.  Był to mój pierwszy wieczór w Lhasie i pierwsza lekcja tego, jak bardzo stare i nowe potrafią tutaj istnieć obok siebie.