a właściwie coś pomiędzy masztem, drzewem, słupem i zwierzęciem, bo jego dolną część oblepia czarne, długie włosie jaka. I patrzę na to włosie, które zwisa ciężkimi pękami, miejscami splecione, miejscami postrzępione przez wiatr i deszcz, i myślę sobie, że człowiek przyjeżdża do Tybetu oczekiwać mistyki, a dostaje przede wszystkim jaka, który daje mleko, mięso, wełnę, skórę, włosy, siłę do pracy, a tutaj jeszcze zostaje przywiązany do świętego masztu i zaczyna pełnić funkcję, której zapewne żaden europejski krowi filozof nie potrafiłby przewidzieć.
I tak chodzę po tych dziedzińcach, między czerwonymi ścianami, starymi drzwiami, drewnem, kamieniem, włosiem jaka i znakami szczęścia, zaglądam w kolejne zaułki, za którymi znowu pojawia się jakiś korytarz, a za nim następny dziedziniec, i zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie ten klasztor podoba mi się najbardziej. Nie dlatego, że jest największy ani dlatego, że ma najwięcej złota, posągów czy historii do opowiedzenia. Po prostu można się tutaj zgubić.
A nad tym wszystkim wiszą modlitewne flagi,
które wiatr nieustannie szarpie, jakby chciał z nich wyciągnąć wszystkie zapisane na nich życzenia i wysłać je gdzieś dalej, ponad mury klasztoru, ponad góry, może nawet do nieba, chociaż podejrzewam, że po kilku stuleciach tybetański wiatr ma już dosyć tej roboty i najchętniej przeszedłby na emeryturę.
Im dłużej chodzę po Tashilhunpo, tym bardziej zauważam drobiazgi.
Na ścianach pojawiają się stare znaki szczęścia, dekoracje, symbole i ornamenty, których sens przestaje być dla mnie jasny po mniej więcej trzech sekundach patrzenia, ale może właśnie na tym polega cała rzecz.
Człowiek Zachodu chciałby wszystko zrozumieć, nazwać, sklasyfikować, opisać, najlepiej jeszcze zrobić tabelkę, a tutaj wystarczy przejść obok, spojrzeć i pozwolić, żeby ten znak sobie był, skoro przez kilkaset lat nikomu nie przeszkadzało, że nie wiem, co dokładnie oznacza.
Jakowe warkocze
I tak chodzę po tych dziedzińcach, między czerwonymi ścianami, starymi drzwiami, drewnem, kamieniem, włosiem jaka i znakami szczęścia, zaglądam w kolejne zaułki, za którymi znowu pojawia się jakiś korytarz, a za nim następny dziedziniec, i zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie ten klasztor podoba mi się najbardziej. Nie dlatego, że jest największy ani dlatego, że ma najwięcej złota, posągów czy historii do opowiedzenia. Po prostu można się tutaj zgubić.
A ja zawsze uważałem, że dobre miejsce zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje wiedzieć, którędy powinien wrócić.




No comments:
Post a Comment