Miałem nadal przeżywać Bamako, ale zgrywałem właśnie zdjęcia z Tanzanii, więc pozwolę sobie na małą dygresję.
Stamtąd robiłem wypady do znajomych i tak trafiłem między innymi do Tanzanii. U Franka było jak za czasów studenckich, czyli ostro.
Nawet wyprawa motocyklami w busz nie przebiegała całkiem normalnie. Zamiast kanapek mieliśmy ciasteczka z ziołami. Człowiek robił przerwę, zdejmował kask i między tankowaniem a wizytą w toalecie konsumował ciasteczko. Taki piknik motocyklowy, tyle że z nieco innym menu.
Od zawsze chciałem zbierać samochodowe tablice rejestracyjne z Afryki. Na pomyśle się jednak skończyło, bo w końcu co miałbym z nimi zrobić? Powiesić na ścianie, zagracić dom, a potem przekazywać spadkobiercom kolekcję blach, z którymi nie wiedzieliby, co począć?
Chyba nadawałyby się tylko na prezenty. Jestem po kursie odmaterializowania i staram się posiadać jak najmniej, w przeciwieństwie do wspomnień, których nie zamierzam się pozbywać. Potrzeba fotografowania tablic jednak pozostała.
Dlatego w Bamako nie jadłem ciasteczek na stacji benzynowej, ale kiedy Duduś tankował samochód, ja zrobiłem przegląd piw stojących w lodówce. Każdy ma swoje hobby. Jeden zbiera blachy, drugi kolekcjonuje wspomnienia, a trzeci tankuje samochód i nawet nie wie, że właśnie został bohaterem wpisu na blogu.
Castel Beer wyglądał najbardziej swojsko, złoty, koronowany, z afrykańskim kontynentem w logo i deklaracją, że to piwo blond, 5,2 procent. Taki król lodówki, który nie musi przedstawiać swoich papierów, bo wszyscy wiedzą, że w Afryce Zachodniej marka Castel jest od dawna zadomowiona.
Obok stała Bavaria Holland, pięć procent, niebieska jak holenderski poranek, z napisem „Imported”. Człowiek patrzył na nią i od razu wyobrażał sobie statek, kontenery, port, ciężarówkę, odprawę celną, a na końcu sklep w Bamako, gdzie ktoś po prostu otwiera lodówkę i sięga po zimną puszkę.
Była też Afri Leo, z napisem „Made in Europe”, jakby chciała uprzedzić pytania. Nazwa afrykańska, europejski adres produkcji. Lew na etykiecie może być afrykański, ale piwo najwyraźniej woli europejskie warunki.
I jeszcze N’Dama Lager, na puszce informacja o warzeniu w Togo. Afrykańskie piwo z sąsiedniego kraju, które nie musi udawać, że przyjechało z Amsterdamu czy Antwerpii.
I tak stałem przed lodówką, oglądając puszki, a w głowie układała mi się mapa świata. Mali, Holandia, Europa, Togo -------> wszystko spotykało się na jednej metalowej półce. Dawniej do takiego spotkania potrzeba było kupców, karawan, portów i tygodni podróży. Dziś wystarczy agregat chłodniczy, kilka kartonów i ktoś, kto pilnuje, żeby drzwi lodówki dobrze się domykały.




No comments:
Post a Comment