Sunday, September 27, 2026

Tibet. The Roof of the World - episode 1

I arrived in Lhasa with a simple plan: to start travelling.

This was, of course, a mistake.

In Tibet, nothing seems to happen according to plan. You leave the hotel to find a monastery and end up watching a Chinese electric scooter weaving between pilgrims. You look for a quiet street and discover a taxi, three monks, a shop selling religious objects and somebody carrying half a dozen plastic bags across the road.

And this is only Lhasa.

From here, the road goes on.


There will be hundreds of kilometres of asphalt, 

part of Tibet’s enormous 125,000-kilometre road network. There will be high mountain passes, remote villages, sacred lakes and places where the landscape becomes so vast that you begin to suspect that the mountains have been standing there for centuries simply because nobody has told them to move.

Later, there will be Mount Everest.

And Mount Kailash.

But first, Lhasa.





These days, 

the attention span of the average viewer is measured in seconds. A twenty-second clip can probably overload a few remaining brain circuits.

But that is not really the point.

This is my travel diary. A small record of where I went, what I saw and what caught my eye along the way. For the algorithms, it is food. For the bots, another piece of data to chew on. For me, it is something else entirely: a time capsule.

Something I can open years from now. Something my children can watch when I am no longer around to tell them what Tibet looked like in 2026.

The viewers?

They are almost completely irrelevant. Haha.

Saturday, September 26, 2026

Tashilhunpo. Drzwi, za którymi została historia

Tashilhunpo to klasztor, 

który podobał mi się najbardziej. Mógłbym tam nawet zamieszkać, gdyby tylko pogoda bywała trochę lepsza, a klasztor leżał w kraju bez kamer i Komunistycznej Partii Chin. Było słońce, wielkie połacie niebieskiego nieba i, co dla mnie równie ważne, mało ludzi. I chyba właśnie to najbardziej wpłynęło na moją pozytywną ocenę Tashilhunpo.

Można było spokojnie chodzić, zaglądać w różne kąty i nie mieć wrażenia, że człowiek uczestniczy w wycieczce szkolnej liczącej pięćset osób.


A te białe stupy,  

jedne z nielicznych, które przetrwały to, co Chińczycy zniszczyli w całym Tybecie, są dziś już rzadkimi okazami. Patrząc na nie, przypomniały mi się birmańskie pagody w wioskach, w lepszych czasach, kiedy junta  w Birmie nadal rządziła, ale przynajmniej zabijała mniej ludzi. 

Tutaj też człowiek zaczyna doceniać nie tylko to, co widzi, ale przede wszystkim to, co jakimś cudem przetrwało.

Kraj buddyjski, a jednak jakaś zła karma nad nim wisi. Patrząc na Tybet i Birmę, te dwa buddyjskie światy, które powoli znikają pod naporem polityki, przemocy i historii, trudno oprzeć się wrażeniu, że Budda wyjątkowo surowo potraktował swoich wyznawców.


Dobrze, że jeszcze Sri Lanka i Tajlandia trwają. Może Budda zostawił sobie tam jeszcze trochę nadziei?



Do tego te drzwi. 

W Tashilhunpo jest ich mnóstwo i część prowadzi właściwie donikąd, albo przynajmniej nie wiadomo, dokąd prowadzi, bo są zamknięte, stare i wyglądają tak, jakby za nimi musiało znajdować się coś niezwykle ważnego. Do tego dochodzą wąskie uliczki, zaułki, schody i przejścia prowadzące w miejsca, których nie ma na żadnej mapie. Człowiek idzie więc przed siebie i cały czas ma wrażenie, że za następnym rogiem znajdzie coś, czego nie powinien był znaleźć.



I chyba właśnie dlatego tak mi się tutaj podobało. Nie było tu tylko wielkich świątyń i oficjalnych tras dla zwiedzających. Był cały mały świat ukryty za murami, trochę tajemniczy, trochę niedostępny i sprawiający wrażenie, jakby nadal żył własnym życiem.



Tashilhunpo ma prawie sześćset lat

i może właśnie dlatego człowiek przestaje tutaj liczyć czas. Najpierw widzi złote dachy, białe stupy i czerwone mury, potem kolejne dziedzińce, korytarze i drzwi, aż w pewnym momencie zaczyna rozumieć, że nie zwiedza już klasztoru, tylko chodzi po śladach ludzi, którzy przez setki lat przychodzili tutaj z tymi samymi pytaniami, modlitwami i nadziejami, choć oczywiście żaden z nich nie miał pojęcia, że pewnego dnia jakiś facet z Polski będzie fotografował ich drzwi.



Najbardziej lubię jednak właśnie drzwi. 

Nie te wielkie, reprezentacyjne, przez które przechodzą tłumy, lecz te małe, stare, drewniane, z zawiasami pamiętającymi czasy, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o elektryczności, internecie ani o tym, że pewnego dnia klasztor odwiedzać będą ludzie robiący zdjęcia telefonami. Jedne są czerwone, inne brunatne od wieku, jeszcze inne mają kolor drewna, które przez setki lat było dotykane przez ręce mnichów. I wszystkie są zamknięte.



Patrzę na jedne z nich 

i zastanawiam się, co znajduje się po drugiej stronie. Może kaplica, może magazyn, może pomieszczenie, do którego nikt poza mnichami nie zagląda, a może po prostu zwykły pokój, w którym ktoś kiedyś spał, jadł i narzekał na zimno, bo przecież nawet w świętym klasztorze trzeba czasem gdzieś położyć miskę, wysuszyć ubranie i pójść spać. 

Wielkie religie mają swoje doktryny, święte księgi i wielkich nauczycieli, ale ich historia składa się również z takich właśnie drobiazgów: zawiasów, progów, drewnianych belek, wydeptanych kamieni i drzwi zamykanych wieczorem.

Tashilhunpo było przez wieki siedzibą Panczen Lamów, jednym z najważniejszych ośrodków tybetańskiego buddyzmu. Tutaj uczono, modlono się, kopiowano teksty, debatowano i przekazywano wiedzę z pokolenia na pokolenie. 


A potem przyszło XX stulecie, polityka, rewolucja, zniszczenia i odbudowa, i klasztor, który wcześniej żył własnym rytmem, musiał nauczyć się istnieć w zupełnie innym świecie.


I może dlatego te stare drzwi robią na mnie większe wrażenie niż złote stupy. Złoto można odnowić, ścianę można pomalować, dach można pokryć nową blachą, ale drewno pamięta dotyk rąk. Każde zadrapanie jest tutaj jak przypis do historii, której nikt już nie potrafi przeczytać.

A ja stoję przed jednym z tych drzwi, robię zdjęcie i przez chwilę mam wrażenie, że Tashilhunpo nie mówi do mnie nic. I może właśnie o to chodzi. Po sześciuset latach klasztor nie musi już niczego wyjaśniać. Po prostu stoi. A człowiek przychodzi, patrzy, robi zdjęcie i odchodzi. 

Friday, September 25, 2026

Tybet. Po drugiej stronie Kailaszu

Fajnie było na pielgrzymce, ale teraz trzeba wrócić do Lhasy. Kierowca musi robić przerwy co kilka godzin, inaczej grozi mu utrata prawa jazdy. Nie ma żartów. Chińczycy nie żartują, prawda?

Znacie jakieś komedie chińskie?

Najbardziej uderza jednak liczba kamer. Jedziesz przez pustkowie, gdzie przez kilkadziesiąt kilometrów możesz nie spotkać człowieka, a mimo to masz wrażenie, że ktoś patrzy. W Tybecie nawet pustka jest monitorowana.


Droga przez Tybet ma swoje prawa. 

Człowiek może jechać godzinami przez krajobraz, w którym nie ma niczego oprócz kamienia, śniegu i nieba, a potem nagle pojawia się znak ostrzegający przed zmęczeniem kierowcy. 

„Fatigue driving brings endless troubles”, te kilka słów, które brzmią jak fragment instrukcji obsługi życia. Tutaj, na wysokości, gdzie każdy oddech przypomina o swojej cenie, nawet zmęczenie zostało objęte administracją.




Potem miasto. 

Czerwone słupy, czerwone flagi, kamery, skutery, kwiaty w drewnianych skrzyniach i ludzie przechodzący obok siebie, jakby każdy należał do innej historii. Tybetańskie ornamenty spotykają chińską infrastrukturę, stare znaki spotykają nowe urządzenia, a nad wszystkim góra, która od tysięcy lat nie musi nikomu tłumaczyć, po której jest stronie. 

Miasto wygląda spokojnie. I właśnie ta spokojność jest tutaj najbardziej wymowna.



Samochód zatrzymany przy ulicy, a za nim góra. 

Ford, chińskie tablice, sklep z elektroniką, kolorowe szyldy, kwiaty i wielkie, suche zbocze wyrastające nad miastem. Wszystko wydaje się przypadkowe, dopóki nie spojrzeć drugi raz: samochód mówi o współczesności, sklep o gospodarce, znaki o państwie, a góra o czymś, czego żadna z tych rzeczy nie zdołała jeszcze zmienić.


Sklep na tybetańskiej ulicy wygląda jak małe archiwum codziennego życia. 

Na półkach stoją towary, których nazw nie potrafię przeczytać, przed sklepem ludzie prowadzą rozmowę, której również nie rozumiem, a nad nimi wszystkimi widnieje napis w języku, który dla przybysza pozostaje tajemnicą. I może właśnie dlatego ta scena wydaje mi się tak prawdziwa: człowiek wchodzi tutaj jako obcy, patrzy przez chwilę, próbuje odczytać kilka znaków, po czym odkrywa, że w Tybecie nawet zwykły sklep jest dokumentem historii.