Po wylądowaniu w Pekinie zaczyna padać.
Nie jest to może najbardziej reprezentacyjna pogoda dla stolicy Chińskiej Republiki Ludowej, bo niebo jest ciężkie, szare i wygląda tak, jakby ktoś przez pomyłkę zostawił nad miastem wielką pokrywkę od garnka, ale jest jeden szczegół, który zwraca moją uwagę.
Nie ma szarego powietrza.
Tego charakterystycznego, mlecznego smogu, który tak dobrze znam z Chiang Mai i Bangkoku, a już szczególnie z Kuching na Borneo, gdzie czasami człowiek patrzy przed siebie i zastanawia się, czy właśnie ogląda miasto, czy też wspomnienie miasta.
Tutaj tego nie ma.
Pada deszcz, samochody jadą po mokrym asfalcie, ludzie biegną pod parasolami, a powietrze jest zaskakująco przejrzyste.
A potem zaczynają się wieżowce.
Jeden za drugim, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści pięter, całe dzielnice tych czerwono-beżowych kolosów, z tysiącami okien, balkonów, klimatyzatorów i mieszkań, w które Chińczycy przez lata pakowali swoje oszczędności, przekonani, że skoro mieszkanie stoi, to jego cena również będzie stała, a najlepiej jeszcze rosła.
No i tutaj pojawił się pewien problem.
Mieszkania nadal stoją.
Tylko ich wyceny już niekoniecznie.
Patrzę więc przez szybę samochodu na te wszystkie wieżowce i myślę sobie, że to jest chyba najbardziej chiński pomnik ostatnich trzydziestu lat.
A na koniec jeszcze pierożki. Lubię je od lat w Tajlandii, ale te tutaj są znacznie bliższe chińskiemu oryginałowi, w końcu to właśnie chińscy emigranci przez stulecia zabierali swoje jedzenie ze sobą do Azji Południowo-Wschodniej, gdzie z czasem stało się częścią lokalnych kuchni.






