Monday, October 5, 2026

From Goats to Gods - Arriving in Lhasa. Episode 7

After twenty-two hours on the train, I finally arrive in Lhasa.

Twenty-two hours is long enough for a man to become acquainted with his fellow passengers, the landscape, the railway timetable, the dining car, the toilet and, most importantly, with his own thoughts. By the time the train finally reaches Lhasa, I have crossed half a country and climbed onto the roof of the world, and I am beginning to feel that perhaps I have been travelling for several weeks rather than twenty-two hours.


 

And then there it is.                          Lhasa.

There is something wonderfully appropriate about arriving here by train. A city that was once little more than a grazing place for goats has become one of the great sacred cities of Asia.

The old name was Rasa. According to the traditional interpretation, it meant “the place of goats”. Goats were part of the story of the construction of the Jokhang, helping to carry earth for the foundations. 


Later, as Buddhism transformed the place into the spiritual centre of Tibet, the name became Lhasa --> “the place of the gods”.






Sunday, October 4, 2026

Skuter i lotnisko, czyli jak oderwać się od ziemi

W Lhasie skutery są wszędzie. 

Ten żółty wygląda szczególnie sympatycznie, jakby ktoś połączył motorower z pudełkiem na pizzę i pomalował go kolorem, który ma człowiekowi poprawiać humor. Chińczycy mają zresztą wyjątkowy talent do robienia rzeczy praktycznych, które przy okazji wyglądają jak zabawki.


Lotnisko Lhasa Gonggar leży około 80 kilometrów od centrum Lhasy, zależnie od tego, czy liczyć od ścisłego centrum, czy całą trasę drogową. Znajduje się na wysokości około 3570 metrów nad poziomem morza. Czyli człowiek jedzie na lotnisko i nadal jest wyżej niż większość alpejskich miejscowości.


To jedno z najwyżej położonych lotnisk świata, a jego pas startowy ma cztery kilometry długości. 

I właśnie tutaj zaczyna się kolejny tybetański absurd: przy tak rozrzedzonym powietrzu samolot potrzebuje znacznie więcej miejsca, żeby wystartować i wylądować. Cztery kilometry asfaltu nie są więc fanaberią architekta, tylko bardzo praktyczną odpowiedzią na pytanie, jak oderwać od ziemi wielką metalową puszkę na wysokości ponad 3500 metrów.


Pierwszy port lotniczy w Gonggar zaczął działać w 1968 roku. 

Wtedy terminal miał zaledwie 700 metrów kwadratowych i obsługiwało go szesnaście osób. Dzisiaj człowiek wchodzi do terminalu i ma wrażenie, że znalazł się w galerii handlowej, na dworcu kolejowym i w centrum konferencyjnym jednocześnie.


Nowy terminal T3 działa od 2021 roku, a w 2024 roku lotnisko obsłużyło ponad sześć milionów pasażerów.

Chińczyk w szlafroku sprzedaje herbatę

W centrum Lhasy trafiam do sklepu z herbatą, 
który wygląda tak, jakby ktoś przez ostatnie trzydzieści lat wrzucał do niego wszystko, co da się wysuszyć, zaparzyć albo sprzedać w plastikowym słoiku. 

Na półkach herbata w czerwonych, zielonych i żółtych opakowaniach, w wielkich słojach suszone kwiaty, jakieś korzenie, zioła, jagody, liście i rzeczy, których nawet nie próbuję rozpoznać, bo człowiek na wysokości 3600 metrów powinien przede wszystkim oddychać, a dopiero potem zastanawiać się, co właśnie ogląda. 

Sklepy z herbatą i herbaciarnie są zresztą stałym elementem życia starej Lhasy.

 


Nie wiem, czy ten człowiek właśnie wstał, czy za chwilę idzie spać, czy też prowadzenie sklepu w szlafroku jest tutaj pełnoprawnym chińskim modelem biznesowym, ale wygląda na całkowicie zadowolonego z życia.

Najbardziej podoba mi się jego ubranie, bo przy całym tym ogromnym wyborze herbat, suszonych kwiatów, jagód goji, ziół i różnych tajemniczych substancji to właśnie on jest najbardziej egzotycznym towarem w sklepie.



Na jednym opakowaniu widzę mieszankę z kwiatami i owocami, na innym coś, co wygląda jak suszone gałązki po spotkaniu z bardzo zdyscyplinowaną kozą, a jeszcze gdzie indziej całe morze zielonych liści.

I nagle człowiek zaczyna rozumieć, że herbata w Azji to nie jest po prostu herbata.

To jest osobny wszechświat.




A ja stoję pośrodku tego wszechświata, patrzę na Chińczyka w szlafroku i zastanawiam się, czy kupić herbatę, czy może najpierw zapytać, gdzie kupił taki szlafrok.

Bo przecież podróżowanie polega właśnie na tym, że człowiek jedzie na drugi koniec świata po rzeczy wielkie, a potem wraca z głową pełną drobnych historii.

I czasami z herbatą.

A czasami tylko ze zdjęciem Chińczyka w szlafroku.




Wiosną wzbogacę więc swoją garderobę o kwiecisty szlafrok i, jeśli tylko będę jeszcze w Polsce, zacznę w nim chodzić do Biedronki. A właściwie dlaczego nie? Pamiętam, że na początku XXI wieku przywoziłem z Tajlandii jedwabne szlafroki na prezenty. Były granatowe, w czerwone i złote, milimetrowej wielkości kwiaty, a na plecach miały wielkie złote smoki.

Jeden taki szlafrok podarowałem kiedyś Maćkowi Maciejowskiemu. Przyjeżdżam do niego w odwiedziny do Krakowa, rano wychodzę z pokoju, a tu jego dziewczyna parzy kawę, ubrana właśnie w ten szlafrok. Ładnie wyglądała ta ówczesna blondyna. Maciek zresztą zawsze miał słabość do blondynek.

Czyli wszystko zatacza koło.

Najpierw Tajlandia, potem Chińczyk w szlafroku prowadzący sklep z herbatą w Lhasie, a teraz ja, idąc w ślady Lebowskiego i tybetańskiego przedsiębiorcy, kupię sobie odpowiedni egzemplarz na Allegro.

I będę w nim chodził do Biedronki.

Człowiek całe życie podróżuje, żeby w końcu odkryć, że najlepsze pomysły na garderobę przywozi się z Azji. 😂