Thursday, October 22, 2026

Najfajniejszy generał

Prezydent Indonezji Prabowo Subianto to ścisłe TOP 3 wśród polityków sprawujących obecnie władzę w Azji Południowo-Wschodniej. 

Na pewno bije na głowę Ferdinanda Marcosa Juniora, choć nie wzrostem oraz Anutina, który stał się dyżurnym chłopcem do bicia.

Pozostali przywódcy, z generałem Min Aung Hlaingiem na czele, nie generują tylu memów ani nie potrafią równie skutecznie niepokoić zagranicznych inwestorów.

Po dwóch latach rządów Prabowo odjechał reszcie stawki o co najmniej dwie długości łodzi. Jak na olimpijskim torze regat kajakarskich.


Niech żyje Republika ! 17 sierpnia 



Ktoś powie: ale Prabowo ma krew na rękach. W dawnych czasach przeciwnicy polityczni republiki Indonezji ginęli jak mrówki faraona po wysypaniu proszku na owady. Prabowo miał zakaz wjazdu do USA. Jest zięciem Suharto. Umoczony po uszy w gównach republiki.

Inni powiedzą, że gdyby miał posturę generała de Gaulle’a, ścieki sięgałyby mu zaledwie do pasa.


Jechałem autobusem przez Dżakartę zaledwie kilka dni po ubiegłorocznych zamieszkach, kiedy czołgi na dobre zaparkowały w sercu stolicy. Ludzie byli wściekli na rosnące koszty życia. Kiedy parlamentarzyści podnieśli sobie uposażenia o kolejne miliony rupii, coś w wielu mieszkańcach Dżakarty pękło. Poczuli potrzebę pokazania władzy środkowego palca.


W tym roku powodów do buntu jest jeszcze więcej. Aż strach pomyśleć, jak Prabowo będzie obchodził trzecią rocznicę swoich rządów. Czy znów urządzi defiladę stali i armat w centrum Dżakarty, żeby przypomnieć obywatelom, kto tu rządzi? Bo tortu z trzema świeczkami raczej nie wystarczy, jeśli nastroje społeczne nadal będą się pogarszać.


Wednesday, October 21, 2026

Zanim wejdziemy na wieżę w Bamako

Zanim człowiek wdrapie się na wieżę i zacznie udawać, że ogląda Afrykę z lotu ptaka, musi najpierw przeżyć to, co dzieje się na dole. 


A tam, proszę państwa, kolorowy minibus wygląda jakby go pomalował pijany artysta po trzech dniach świętowania, motocykle przeciskają się między samochodami, kurz osiada na wszystkim, a ludzie idą przez ten cały bałagan z minami, jakby właśnie wyszli z piekarni po świeże bułki. 

I wtedy pojawia się nasz przewodnik w pasiastym ubraniu, gestykuluje, tłumaczy, pokazuje, a ja patrzę na niego i myślę, że gdyby dostał jeszcze mikrofon, mógłby prowadzić własną telewizję.



Prowadzi nas do wieży, ale zanim tam dotrzemy, Bamako zdąży opowiedzieć nam kilka historii, których nie ma w żadnym folderze. 

Bo ja nie wiem, jak to jest z innymi ludźmi, ale kiedy jadę do obcego kraju, najbardziej interesuje mnie właśnie ten cały rozgardiasz: człowiek, który coś niesie, drugi, który coś sprzedaje, trzeci, który trąbi, choć nikt nie wie po co, i czwarty, który stoi pośrodku tego wszystkiego z taką godnością, jakby był ministrem od spraw wszechświata. A wieża? Wieża może poczekać. Przecież nie po to przyjechałem do Bamako, żeby tylko patrzeć z góry na ludzi, skoro na dole dzieje się całe życie.





Duduś nawija i bardzo mu do twarzy w stym bawełnianym kubraku w naturalne pasy z indygo.

Saturday, October 17, 2026

Taniec Malinke dla importowanych leszczy

Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją. 

Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.


Na szczęście można jeszcze uciec. 

Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.