Friday, September 25, 2026

An expedition from the snow-capped slopes of Mount Kenya to the shores of the Jade Sea

In 1999, I travelled across northern Kenya on an expedition from the snow-capped slopes of Mount Kenya to the shores of the Jade Sea.

The journey took me through Samburu country, Turkana lands and the remote shores of Lake Turkana, one of the most extraordinary regions of Africa. I met Samburu and Turkana people, travelled through some of the harshest landscapes I had ever seen, and followed the trail towards one of the places often described as the Cradle of Mankind.

More than twenty-five years later, I have returned to the memories of that journey and put one of my original television reports from Kenya online.



This is Kenya as I saw it in 1999, long before smartphones, social media and instant access to almost every corner of the continent.


The report serves as a kind of time capsule, while a book about Kenya spanning two eras from 1992 to 2028 is only now beginning to take shape.



Thursday, September 24, 2026

Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości

Odwrót spod Kailaszu. 

Pielgrzymka skończona, święta góra zostaje za plecami, a ja znowu wsiadam do samochodu i zaczynam drogę powrotną do Lhasy, czyli wracam do świata, w którym człowiek nie musi już codziennie negocjować z własnymi płucami, kolanami i wysokością. 

Przez kilka dni byłem prawdziwym pielgrzymem, chodziłem po kamieniach, wspinałem się na 5600 metrów, oglądałem ludzi palących modlitewne kartki, wnuczki podtrzymujące babcie i facetów z butlami tlenowymi, a teraz siedzę sobie wygodnie i patrzę, jak święty Tybet przesuwa się za szybą.


Krajobraz niewiele się zmienia, bo tutaj wszystko wygląda tak, jakby ktoś przed milionami lat rozpoczął wielkie dzieło budowlane, po czym rzucił narzędzia i powiedział: dobra, dalej już nie robię. 

Góry, pustka, śnieg, kamienie, trochę trawy i ta nieskończona przestrzeń, w której człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy potrafili przez stulecia żyć tutaj bez potrzeby stawiania centrów handlowych co trzy kilometry. No bo, jak? 

Dwie osoby na kilometr kwadratowy razem z armią Chińczyków osiedlających się duzymi falami od ponad 20 lat.

W samym Tybetańskim Regionie Autonomicznym żyje prawie 4 miliony jaków, to więcej niż ludzi.



Aż nagle pojawia się stacja benzynowa. I jest w tym coś wzruszającego, bo po całej tej duchowości, mantrach, świętych jeziorach i górze zamieszkałej przez bogów wracamy do rzeczy naprawdę ważnych: benzyny, oleju i rachunku. Człowiek patrzy na dystrybutory i czuje, że cywilizacja jednak o nim nie zapomniała.




Dalej droga prowadzi przez przełęcze i doliny, a ja zaczynam sobie uświadamiać, że ta podróż działa trochę jak sen. Najpierw Lhasa, potem klasztory, Everest, pustka zachodniego Tybetu, Kailasz, kora, Manasarovar, a teraz znowu droga powrotna. Człowiek widział tyle rzeczy, że mózg zaczyna je układać w jedną wielką historię, tylko nie bardzo wiadomo, gdzie w niej kończy się geografia, gdzie religia, a gdzie zwykłe zmęczenie.

I właśnie wtedy mijamy znak ograniczenia prędkości do pięciu kilometrów na godzinę i pomyślałem sobie, że Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości. Po tylu dniach na Dachu Świata pięć kilometrów na godzinę nie jest już nawet ograniczeniem. 

To jest filozofia życia.

 



Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem. 

Coś z tej góry jedzie razem z nim. Może trochę kamieni w butach, może kilka zdjęć, może zmęczenie nóg, a może po prostu świadomość, że gdzieś daleko na zachodzie Tybetu istnieje miejsce, do którego można dojść pieszo, jeśli człowiek jest wystarczająco uparty i ma wystarczająco mało rozsądku.

Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄