Monday, September 21, 2026

Początek drugiego dnia

Noc minęła w schronisku, w dwunastoosobowym pokoju, i rano dziękowałem wszystkim bogom, jakich tylko znałem, że stolec i inne sprawy trzymały się dzielnie, więc po przebudzeniu nie musiałem rozpoczynać dnia od poszukiwania tybetańskiego wychodka. 

Nie będę jednak zamieszczał tutaj zdjęcia sracza, jak miałem to w zwyczaju, mieszkając w Tajlandii. Wybaczycie?


Tym razem mam nawet tragarza, bo trasa robi się poważna, a człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że są rzeczy, które lepiej powierzyć komuś młodszemu. Raki trzymam w pogotowiu, bo przede mną podejście na ponad 5500 metrów i jeśli szlak okaże się oblodzony, moje dotychczasowe przekonanie, że jestem całkiem sprawnym podróżnikiem, może zostać wystawione na dość bolesną próbę.

Pada jeszcze śnieg, kiedy po ciemku ruszam w drogę, a ponieważ śniadanie będzie dopiero o dziewiątej, przez pierwsze godziny pielgrzymuję głównie na własnej ambicji i resztkach wczorajszej kolacji. Wreszcie docieram do budynku parterowego o architekturze tak prostej jak moje drewniane klocki do zabawy w dzieciństwie gdy towarzysz Gomułka zawiadował PRL-em. Ten przybytek chce być nazywany restauracją i na tej wysokości człowiek staje się niezwykle tolerancyjny wobec architektury, kuchni i higieny, zwłaszcza kiedy dostaje miskę gorącego makaronu, więc w pełni akceptuje semantykę.

I właśnie wtedy natura postanawia dorzucić coś od siebie: z dachu kapie woda z topniejącego lodu i kolejne krople wpadają prosto do mojej miski z noodlami, więc zamiast narzekać, mieszam wszystko razem i dochodzę do wniosku, że bardziej świeżego składnika na śniadanie już dzisiaj nie dostanę. 😂




A góry stoją sobie spokojnie, niczego ode mnie nie chcą, nie poganiają mnie, nie pytają, czy dam radę, tylko patrzą na ten cały pochód ludzi, którzy z własnej woli przyszli tutaj, żeby przez kilka godzin cierpieć, i być może właśnie dlatego są takie piękne, bo góra nigdy nie obiecuje człowiekowi, że będzie łatwo.

W pewnym momencie przestaję już myśleć o końcu drogi, o kilometrze, o wysokości i o tym, ile jeszcze zostało, bo człowiek na takich wysokościach zaczyna żyć w bardzo krótkiej perspektywie: jeszcze do tamtego kamienia, potem jeszcze do tamtej skały, potem usiądę na minutę, a kiedy już usiądzie, patrzy na tych wszystkich ludzi idących dalej i myśli sobie, że może jednak trzeba było zostać w Darchen i zostać człowiekiem, który opowiada o pielgrzymkach, zamiast człowiekiem, który je odbywa.

I tak właśnie zaczyna się drugi dzień kory: bez wielkich objawień, bez muzyki anielskiej i bez nagłego oświecenia, za to z potem pod kurtką, ciężkim oddechem, coraz wyższymi górami i tą prostą myślą, która po pewnym czasie staje się najważniejszą filozofią całego Kailaszu: idź dalej, bo przecież już tu jesteś.





 

Drugiego dnia zaczynam dostrzegać, jak niektórzy, chyba mocno naćpani wyobraźnią, stworzyli własną „mistykę” Kailaszu i dorobili do góry legendy o polach magnetycznych, statkach kosmicznych i podziemnych miastach ukrytych pod jej zboczami. Sprawdzam więc dyskretnie, czy włosy i paznokcie rzeczywiście rosną mi tutaj dwadzieścia razy szybciej niż na nizinach, a przy okazji rozglądam się za statkami kosmicznymi zaparkowanymi pod lodem. 

W końcu góra jest przecież piramidą, którą miała zbudować cywilizacja panująca na Ziemi jeszcze przed potopem.

Sunday, September 20, 2026

Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był

Pierwszy dzień pielgrzymki powoli się kończy i chociaż człowiek obiecywał sobie rano, że będzie szedł dostojnie, kontemplował góry i rozmyślał nad sensem istnienia, to po kilku godzinach myśli sprowadzają się do rzeczy znacznie bardziej przyziemnych: gdzie jest nocleg, czy będzie herbata i czy da się jeszcze gdzieś usiąść.


Jestem stary, więc nowe nazwy średnio trzymają mi się głowy. Nie inaczej jest z Tybetem. Aby zapamietać nazwy kilku klasztorów potrzebowałem kilku miesięcy, już po podróży. Dobrze, że nie poleciałem w sierpniu na Madagaskar, bo sprawa podróży Tybetańskiej byłaby już rozwodniona i byłoby po ptakach. A tak wałkuje ten Tybet od maja i zaczynam oswajać się w końcu z nową terminologią geograficzną. 



Pogoda zrobiła się tak piękna, że nawet Kailasz łaskawie wystawił kawałek swojej głowy zza chmur, a ja spotykam Williama z Johor Bahru, który prowadzi przez tę całą krainę swoją wielką grupę Malezyjczyków i maszeruje w krótkich spodenkach, jakby właśnie wyszedł na plażę w Penangu, podczas gdy termometr pokazuje jakieś dwanaście stopni, więc zaczynam podejrzewać, że dla Malezyjczyka prawdziwym zimnem jest dopiero temperatura, przy której Europejczyk zaczyna się zastanawiać nad sensem własnego życia.


Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był, a potem znowu ruszam między flagami modlitewnymi, których są już takie ilości, że gdyby wszystkie modlitwy zapisane na tych kawałkach materiału rzeczywiście miały gdzieś dolecieć, to wiatr musiałby mieć własny urząd pocztowy i chyba pracować na trzy zmiany.


Wreszcie trafiam do kuchni, gdzie filozofia pielgrzymowania kończy się przy wielkim garze, z którego każdy dostaje to, co akurat wpadnie do miski, i jest w tym coś bardzo uczciwego, bo na wysokości pięciu tysięcy metrów człowiek przestaje być Europejczykiem, Azjatą, pielgrzymem czy turystą i staje się po prostu kimś, kto patrzy na garnek i myśli: dajcie mi cokolwiek, byle dużo.



 A kiedy po kolacji wychodzę jeszcze na chwilę na zewnątrz, przypominam sobie, że rano wyruszałem na świętą górę, a wieczorem jestem już tylko zmęczonym facetem, który chciałby mieć łóżko, coś ciepłego w żołądku i święty spokój, i właśnie wtedy dochodzę do wniosku, że być może na tym polega prawdziwa pielgrzymka, człowiek idzie przez cały dzień do Boga, żeby wieczorem marzyć wyłącznie o łóżku. 😄





Bo być może cała sztuka podróżowania polega na tym, żeby pojechać na koniec świata, a potem przez dwie godziny opowiadać o tym ludziom w Opolu, którzy siedzą na krzesłach i mają normalne powietrze.

Pielgrzymka nie polega na dojściu do celu, tylko na tym, że cały czas trzeba iść.

Po płaskim terenie można spokojnie "zasuwać" z mniejszym plecakiem na grzbiecie. Na trasie nie ma już jaków i gdy nie załatwi się w porę tragarzy w Darchen, trzeba swój sprzęt i zapasowe gacie nosić na tej znacznej wysokości powyżej 5000 metrów nad poziomem mórz i oceanów.


Człowiek idzie pod Kailaszem i po pewnym czasie przestaje już wiedzieć, czy to on idzie, czy może góra powoli przesuwa się razem z nim, bo przecież tutaj wszystko jest względne, nawet odległość, oddech i czas, a jedyną rzeczą, która się nie spieszy, jest wiatr.




Dolina prowadząca w stronę legendarnej góry Kailasz jest widowiskowa

Ja bym zmienił to zdanie w duchu obecnego dżenderyzmu i poprawił je:

" Dolin prowadzący w stronę Kailasz jest widowiskowy " , bo ta -owa zupełnie nie pasuje do podpisu. Prawdziwa, charakterna wyprawa, a tu jakaś końcówka owa w podpisanym zdjęciu.

Strumień płynie sobie jak gdyby nigdy nic, ludzie brodzą obok niego z kijami, plecakami i minami pielgrzymów, którzy wiedzą coś, czego ja jeszcze nie wiem, i nagle przychodzi mi do głowy, że być może cała wielka duchowość świata zaczyna się właśnie od tego, żeby rano wstać i po prostu ruszyć przed siebie.




Na tej wysokości człowiek odkrywa, że jego wielkie cywilizacyjne osiągnięcia mają niewielką wartość, bo samochód został daleko, telefon milczy, serce bije jak oszalałe, a najważniejszym przedmiotem w plecaku staje się butelka wody.



Ktoś zatrzymał się przy kamieniu, ktoś inny przywiązał do niego biały szal, jeszcze ktoś dorzucił własną modlitwę i poszedł dalej, więc pomyślałem sobie, że kamienie w Tybecie mają chyba więcej znajomych niż niejeden człowiek w Europie, bo każdy zostawia im tutaj coś od siebie.




 A potem droga znowu zaczyna się wspinać, człowiek patrzy przed siebie i mówi sobie jeszcze tylko kawałek, jeszcze tylko tamten zakręt, jeszcze tylko tamta skała, po czym odkrywa, że za tamtą skałą jest następna, a za nią następna, i wtedy zaczyna rozumieć, że pielgrzymka nie polega na dojściu do celu, tylko na tym, że cały czas trzeba iść.