Saturday, October 31, 2026

Bambara Breakdance

W Beledougou Bambara najwyraźniej postanowili pokazać, że Afryka nie musi nikogo naśladować, żeby mieć własny breakdance. Czterech zamaskowanych jegomościów, odzianych w słomę, szmaty i całą tę tajemniczą garderobę, której nie znajdziecie w żadnym paryskim butiku, ruszyło na klepisku do tańca.


Publiczność dopisała. Wstęp był darmowy.


W Polsce, kiedy komuś słoma wychodzi z butów, to obciach. W Mali to zupełnie inna historia.
Turaj w Beledougou słoma może być oznaką statusu, a przynajmniej elementem stroju, z którym nie ma żartów. Żadna tam słomianka przy meblościance, żadna dekoracja z Cepelii. Prawdziwa słoma, od stóp do głów, noszona z dumą i w rytmie, którego nie powstydziłby się niejeden parkiet. Jak widać, wszystko zależy od szerokości geograficznej. 
W Polsce słoma zdradza pochodzenie, w Mali potrafi nadać człowiekowi rangę. 😄




Dzieci patrzyły, dorośli też, a ja pomyślałem, że gdyby ktoś przywiózł tu jurorów z telewizyjnego konkursu tanecznego, mogliby mieć poważny kłopot z oceną. 



 

Friday, October 30, 2026

Picasso chciał tajemnicy

Kiedy ogląda się afrykańskie maski, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego taki Picasso zachorował na sztukę afrykańską i nigdy już się z tej choroby nie wyleczył.

Nie interesowało go kolekcjonowanie kawałków drewna, które miały za sobą autentyczne ceremonie, rytuały i niejedną noc, kiedy przy świetle ogniska działy się rzeczy, o jakich Europejczykom nawet się nie śniło. Picasso chciał tajemnicy, a czy maska była świadkiem inicjacji, tańca czy pogrzebu, było mu, mówiąc po naszemu, wsio rawno. Tak samo jak turystom, których dzisiaj w Bamako nie ma, choć drewniane twarze wiszą na ścianach i cierpliwie czekają na kogoś, kto zabierze je do salonu w Paryżu albo do mieszkania w Berlinie.


Maska musiała mieć egzotyczny kształt, nos jak dziób dziwnego ptaka, oczy, które patrzyły na człowieka tak, jakby wiedziały o nim coś, czego on sam jeszcze nie zdążył się dowiedzieć. 

Miała przemawiać do wyobraźni, a Picasso, który wyobraźnię miał jak stąd do Timbuktu, przetworzył to wszystko po swojemu i dołożył kilka pięter do gmachu europejskiej sztuki. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek przyszło mu do głowy, żeby wypłacić tantiemy tym wszystkim bezimiennym artystom, od których pożyczał pomysły. W tamtych czasach o prawach autorskich do inspiracji nikt specjalnie nie rozprawiał. Europejczyk brał maskę, Afrykanin dostawał za nią kilka franków, a później europejskie muzea, galerie i kolekcjonerzy odkrywali, że oto narodziła się nowoczesność. 




Miałem kiedyś książkę Aliny Trojan o sztuce afrykańskiej, wydaną w PRL-u w 1973 roku. 

Jak na tamte pogomółkowskie czasy było to przedsięwzięcie niemal kosmiczne. Człowiek, który marzył o Afryce, musiał się najpierw zadowolić książką, bo wyjazd do Rumunii uchodził za ekstrawagancję, a co dopiero mówić o Bamako, gdzie można było obejrzeć maski, których nikt jeszcze nie zdążył opisać po polsku. Ta książka była dla mnie czymś więcej niż albumem. Była uchylonymi drzwiami do świata, który istniał gdzieś daleko, poza granicami wyobraźni pilnowanej przez paszport, dewizy i urzędnika z odpowiednią pieczątką.




Moja przyjaciółka, pani redaktor Marzena, kiedy już pożyczyła ode mnie tę książkę, żartowała, że nigdy mi jej nie odda. I, prawdę mówiąc, rozumiałem ją doskonale. Niektóre książki mają w sobie coś z masek: człowiek bierze je do ręki, zagląda za ich drewnianą twarz i nagle znajduje się w innym świecie. A potem trudno mu je oddać, bo razem z książką musiałby oddać również kawałek własnej wyobraźni.




Dzisiaj stoję w Bamako przed ścianą pełną masek. 

Turystów nie ma, ale towar jest, tajemnica jest, a drewno wciąż potrafi przemówić do człowieka, który niekoniecznie przyjechał tu po pamiątkę. I cieszę się, że ten świat nadal istnieje. Nie dlatego, że można go kupić, sfotografować i zabrać ze sobą, ale dlatego, że mimo Picassa, muzeów, sklepów z pamiątkami i całej naszej europejskiej zachłanności wciąż pozostaje w nim coś, czego nie da się zapakować do walizki. Coś, co być może właśnie dlatego tak bardzo nas pociąga.




 

Thursday, October 29, 2026

Atelier de bijouterie - Maître Bijoutier Barou Sow, Souck n° 49, Bamako

W Bamako trafiłem do warsztatu mistrza Barou Sowa, który pod szyldem „Maître Bijoutier” wyrabia biżuterię, jakby od tego zależało powodzenie całej zachodnioafrykańskiej gospodarki. 

Nad wejściem wymalowano ozdobne litery, w witrynach błyszczały naszyjniki i bransolety, a sam mistrz siedział przy swoim warsztacie, gdzie metal grzał się nad węglem, bo przecież złoto złotem, ale ktoś je musi najpierw porządnie przetopić.


Przyglądałem się chłopakom przy robocie i muszę powiedzieć, że całkiem niezłe rękodzieło im wychodziło. Wiadomo, Mali nie śpi na kamieniach, choć do Botswany, gdzie złoto i diamenty potrafią postawić człowieka na nogi, ma jeszcze kawałek drogi, ale tutejsi jubilerzy mogliby spokojnie rzucić rękawicę Aszantom z Ghany, którzy od wieków znają się na złocie jak mało kto.


 Zostawiam na zdjęciu numer telefonu i jakby co, to nie obowiązuje RODO...

Gdyby ktoś chciał coś zamówić, niech śmiało napisze do mistrza Sowa przez komunikator. Kierunkowy do Mali to +223, więc można próbować szczęścia nawet z drugiego końca świata.