Sunday, October 25, 2026

Friedrich Murnau i włodarze Bamako - jedni i drudzy stracili głowy

Jechałem pociągiem do Warszawy i czytałem książkę Christiana Krachtsa „Umarli”. Zainteresowała mnie przywołana tam postać Friedricha Murnaua, reżysera, który w złotym okresie niemieckiego kina nakręcił „Nosferatu”. W 1941 roku zginął w wypadku samochodowym w Kalifornii, nie doczekawszy premiery swojego najnowszego filmu, kręconego na Tahiti.

Nie wiem, kiedy i w jaki sposób sprowadzono jego zwłoki do Berlina. Wiem natomiast, że jacyś wyznawcy horroru ukradli mu czaszkę z grobu. Murnau podejmował więc złe decyzje nie tylko za życia, ale nawet po śmierci.

Gdyby urodził się w Bamako, kariery filmowej zapewne by nie zrobił, a już na pewno żaden miłośnik horroru nie połakomiłby się na jego czaszkę. Miałby święty spokój. Jak na ironię, człowiek, który stworzył jednego z najsłynniejszych wampirów w historii kina, sam nie zaznał spokoju nawet we własnym grobie.


Tworząc fabułę „PISMA” i zagłębiając się w średniowiecze, natrafiam na tyle luk w historii, że można tam śmiało wrzucić najbardziej szaloną hipotezę, a potem, mając w ręku jakiś artefakt, nagiąć do niej fakty na niewyobrażalną skalę. I właśnie to postaram się udowodnić.

Ale zostawmy średniowiecze i przenieśmy się do Bamako. Nie wiem, kiedy Mali otrząśnie się z oparów tego absurdu i przestanie nadawać ulicom francuskie nazwy. Dlaczego plac albo pomnik upamiętniający niepodległość nie miałby nazywać się po prostu UHURU < wolność w języku suahili > albo nosić nazwy w jednym z własnych języków Mali?

Zamiast tego dawna kolonia nadal nazywa swoje ulice po francusku, a pomniki buduje na wzór tych, które stawiali jej dawni okupanci. Nie wystarczy wyrzucić kolonizatora za drzwi, jeśli zostawiło się go we własnej głowie. Wtedy człowiek sam siebie kolonizuje, a na dodatek robi to z rozmachem i za własne pieniądze.



Całe szczęście, że ta wieżyczka ma w sobie coś z rodzimej architektury banco. Afrykę czekają w tym stuleciu wielkie przetasowania polityczne. Za pięćdziesiąt lat kontynent może być nie do poznania. Pytanie tylko, w którą stronę pójdzie.

Pierwszy scenariusz to Afryka w stylu „Mad Maxa”: państwa rozpadające się pod ciężarem korupcji, walk o władzę i surowce, miasta pożerane przez chaos, a za murami strzeżonych enklaw garstka uprzywilejowanych, która pilnuje swoich studni, generatorów i ostatnich zapasów wody. Kontynent, na którym przyszłość przypominałaby ruinę, zanim jeszcze zdążyłaby powstać.

Drugi scenariusz jest znacznie ciekawszy: Afryka przestaje naśladować cudze wzory, odzyskuje własną wyobraźnię i buduje nowoczesność na swoich warunkach. Tworzy miasta wyrastające z lokalnych tradycji, architekturę czerpiącą z klimatu i dawnych technik, własne centra nauki, technologii i kultury. Nie kopiuje Paryża, Londynu ani Szanghaju, lecz tworzy coś, czego nikt wcześniej nie widział....choć to kopiowanie Paryża wisi w powietrzu przy spełnieniu obu scenariuszy. 


Paryż to w pewnym sensie Afryka.





Zrobiłem zdjęcie tablicy z napisem Boulevard de l’Indépendance, a pod spodem datą 22 septembre 1960, i pomyślałem, że Francuzi musieli mieć kiedyś niezły kłopot z tymi wszystkimi datami, bo człowiek ledwie zdążył zapamiętać jedną kolonię, a już następna ogłaszała niepodległość, zdejmowała flagę, wciągała nową, przemalowywała urząd i zmieniała nazwy ulic, jakby od tego miało się zmienić wszystko, łącznie z ceną benzyny i charakterem człowieka, który od trzydziestu lat sprzedawał na rogu te same orzeszki.

Friday, October 23, 2026

Top 10 osób, które były w Bamako, ale nie jeździły tramwajami ani metrem

Bamako z lotu ptaka i Bamako z poziomu ulicy to właściwie dwa różne miasta. Z góry wszystko wygląda jak wielka metropolia, która rozlała się po horyzont i postanowiła nie kończyć się nigdy. 

Człowiek patrzy, patrzy i już sobie wyobraża, że oto Afryka dogoniła wszystkie swoje marzenia, a potem schodzi na dół i proszę bardzo: palmy, piramidalne budowle, kurz i kolorowe minibusy, które czekają na pasażerów, jakby za chwilę miały ruszyć na podbój świata.


A ja patrzę na ten cały rozgardiasz i myślę, że miasto jest całkiem udane, tylko czegoś mu brakuje. Tramwajów! 


Tak, proszę państwa, tramwajów. Mogą być stare, skrzypiące, z oknami, przez które wiatr wywiewa człowiekowi resztki godności, byle jeździły po szynach i dzwoniły na zakrętach. Bo jak już człowiek zbudował metropolię po horyzont, to wypadałoby jeszcze czymś po niej jeździć. Bez tramwajów Bamako pozostaje miastem, które wygląda na wielkie, ale nie dopracowało jednego z najważniejszych szczegółów cywilizacji.




 

Wyobraźcie sobie, że jesteście w Bamako, mieście nad Nigrem, gdzie palmy rosną, samochody trąbią, a kolorowe minibusy wożą ludzi w tę i z powrotem, jakby cała Afryka miała się za chwilę przesiąść na następny kurs. I teraz pomyślcie, ilu sławnych ludzi przewinęło się przez tę stolicę, zanim jeszcze ktokolwiek wpadł na pomysł, że może warto byłoby położyć tu szyny. 

De Gaulle, Chirac, Macron, Nasser, Nkrumah, Tito, Merkel - historia przechodziła przez Bamako w garniturach, mundurach i limuzynach, ale tramwaju nie doczekał się nikt.

Był też Brian Eno, który przyjechał z muzyką w głowie, a Ry Cooder szukał dźwięków, których nie da się kupić w sklepie z pamiątkami. Madonna? Ronaldo? Czemu nie, niech ta opowieść ma rozmach, jakiego nie powstydziłby się żaden hollywoodzki producent. 

A Ridley Scott rozważał Bamako jako plan dla „Obcego”, bo urzekły go zakurzone krajobrazy, przy których nawet kosmiczna bestia poczułaby się jak u siebie. Podobno Sigourney Weaver miała powiedzieć: „Albo ja, albo Bamako”, więc reżyser musiał szukać szczęścia gdzie indziej. Prawda czy legenda? W takiej opowieści nawet plotka ma prawo przejść przez miasto, byle nie udawała dokumentu.

I na koniec Jürgen Klopp, który krążył po ulicach w poszukiwaniu młodych talentów dla Borussii Dortmund. Zatrzymywał minibusy i sprawdzał kiwki pasażerów.  

Potem tylko jazda do najbliższego stadionu, i test na afrykańskiej murawie. 

Tylko tramwaju wciąż nie ma. I dlatego nie ma również kanarów, bo nie ma kasowników. Proste, nie ?


Thursday, October 22, 2026

Najfajniejszy generał

Prezydent Indonezji Prabowo Subianto to ścisłe TOP 3 wśród polityków sprawujących obecnie władzę w Azji Południowo-Wschodniej. 

Na pewno bije na głowę Ferdinanda Marcosa Juniora, choć nie wzrostem oraz Anutina, który stał się dyżurnym chłopcem do bicia.

Pozostali przywódcy, z generałem Min Aung Hlaingiem na czele, nie generują tylu memów ani nie potrafią równie skutecznie niepokoić zagranicznych inwestorów.

Po dwóch latach rządów Prabowo odjechał reszcie stawki o co najmniej dwie długości łodzi. Jak na olimpijskim torze regat kajakarskich.


Niech żyje Republika ! 17 sierpnia 



Ktoś powie: ale Prabowo ma krew na rękach. W dawnych czasach przeciwnicy polityczni republiki Indonezji ginęli jak mrówki faraona po wysypaniu proszku na owady. Prabowo miał zakaz wjazdu do USA. Jest zięciem Suharto. Umoczony po uszy w gównach republiki.

Inni powiedzą, że gdyby miał posturę generała de Gaulle’a, ścieki sięgałyby mu zaledwie do pasa.


Jechałem autobusem przez Dżakartę zaledwie kilka dni po ubiegłorocznych zamieszkach, kiedy czołgi na dobre zaparkowały w sercu stolicy. Ludzie byli wściekli na rosnące koszty życia. Kiedy parlamentarzyści podnieśli sobie uposażenia o kolejne miliony rupii, coś w wielu mieszkańcach Dżakarty pękło. Poczuli potrzebę pokazania władzy środkowego palca.


W tym roku powodów do buntu jest jeszcze więcej. Aż strach pomyśleć, jak Prabowo będzie obchodził trzecią rocznicę swoich rządów. Czy znów urządzi defiladę stali i armat w centrum Dżakarty, żeby przypomnieć obywatelom, kto tu rządzi? Bo tortu z trzema świeczkami raczej nie wystarczy, jeśli nastroje społeczne nadal będą się pogarszać.