Wednesday, September 30, 2026

Ethiopia, 1998–2026: From One War to Another, with a Nobel Prize in Between

I was in Addis Ababa for a while a few months ago. Ate well, breathed some wonderfully fresh air at nearly 2,400 metres, and went up towards the 3,000-metre heights of Entoto.

But I couldn’t find one thing: my old favourite, Meta beer, the taste of Ethiopia I remembered from the 20th century.


 A 50-minute film I made in Ethiopia in 1998, during my first reporting journey through Abyssinia.



 



A lot has been happening there lately, so I have my sights set on Addis Ababa and the surrounding area. I think people in the capital are still eating injera peacefully and going about their lives, just as they did during the war with Eritrea in 1998. 

Perhaps the conflict will stop at the country’s outskirts; perhaps it will cut the umbilical cord connecting Ethiopia to its port in Djibouti. A lot is happening, and I don’t have a crystal ball. We’re watching.


How do you build a railway at an altitude of more than 5,000 metres? - Episode 4

The question sounds slightly absurd, 

because when I think of railways, I think of flat country, railway stations, platforms, people with suitcases and sandwiches wrapped in paper, not the Tibetan Plateau, where even breathing can become an activity requiring a certain amount of effort. And yet, between Xining and Lhasa, one of the highest railway lines in the world crosses precisely this landscape.

The train travels across the enormous Tibetan Plateau, with around 960 kilometres of the route lying above 4,000 metres above sea level. It is almost as if someone decided to build a railway at an altitude where most European trains would never even find a station.


I had just arrived in Xining on a flight from Beijing. 

Before boarding the train, I had some good food and got some sleep. The railway station itself was an interesting place to observe, and unlike Xining Airport, it was full of people.



Tibet Expressway

Jadę przez Tybet i zaczynam podejrzewać, 

że człowiek w tej części świata może być świadkiem rzeczy, których zupełnie się tutaj nie spodziewał. Bo oto droga prowadzi przez góry, na których nie ma prawie nic poza kamieniami, trawą, śniegiem i jakimiś nieszczęśliwymi krzakami, a przede mną pojawia się nagle tunel, i to nie taki, że dwie koparki wydłubały dziurę w skale i jakoś ją podparły, tylko porządny, szeroki, oświetlony, z wentylacją, oznaczeniami i wszystkim tym, co człowiek zwykle kojarzy raczej z autostradą gdzieś pod Alpami.


Wjeżdżamy.

I nagle robi się jasno jak w laboratorium. Lampy ciągną się kilometrami, ściany są gładkie, wszystko jest czyste, równo pomalowane, a droga wygląda tak, jakby ktoś przed chwilą wyjął ją z katalogu chińskiego ministerstwa transportu. Jedziemy przez środek góry, a ja patrzę na tę całą technikę i myślę sobie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu człowiek, który chciałby przejechać tędy, musiałby mieć dobrego konia, dużo czasu i jeszcze więcej szczęścia.

Dzisiaj wystarczy autobus.





I właśnie tutaj zaczyna się moja ulubiona część tej tybetańskiej opowieści, bo kiedy po drugiej stronie tunelu zatrzymujemy się na chwilę, żeby odpocząć, widzę coś, czego również się tutaj nie spodziewałem.

Segregację śmieci.




Cztery pojemniki stoją grzecznie obok siebie: odpady inne, odpady nadające się do recyklingu, odpady niebezpieczne i odpady kuchenne. Każdy ma swój kolor, swoją nazwę, swoje obrazki, a nad wszystkim widnieje napis 西藏高速 , czyli Tibet Expressway.

I proszę bardzo.

Na wysokości, gdzie człowiek jeszcze niedawno musiał walczyć o każdy oddech, ktoś postanowił wprowadzić zasadę, że butelka ma trafić do jednego pojemnika, a resztki jedzenia do drugiego.


Brakuje już tylko kogoś, kto przyjdzie i zwróci mi uwagę, że plastikową butelkę wrzuciłem do niewłaściwego kosza.

I wtedy przypominam sobie, jak bardzo zmienił się Tybet. Kiedyś przez te góry przemieszczali się ludzie, karawany, pielgrzymi i zwierzęta. Droga była wydarzeniem samym w sobie, a góra stanowiła przeszkodę, z którą trzeba było się dogadać. Dzisiaj droga przechodzi pod górą, samochód jedzie dalej, a człowiek zatrzymuje się po drodze tylko po to, żeby napić się kawy, skorzystać z toalety albo posegregować śmieci.

I wszystko to dzieje się w miejscu, które jeszcze chwilę wcześniej wyglądało jak koniec świata.


Patrzę więc jeszcze raz na ten tunel i na cztery kosze na śmieci i dochodzę do wniosku, że może właśnie tutaj najlepiej widać współczesny Tybet.


Z jednej strony góra, która przez tysiące lat była górą.


Z drugiej strony człowiek, który postanowił zrobić w niej tunel.


A pomiędzy jednym a drugim stoi kosz z napisem „Recyclable”.



BONUS ZDJĘCIE 



Na tablicy przy wjeździe informacja, że tunel ma 2205 metrów długości i że podczas jazdy należy włączyć światła. Bardzo rozsądne zalecenie, szczególnie jeżeli ktoś zamierza przejechać przez górę zamiast wspinać się na nią pieszo.