Na początku są jeszcze ludzie, kolorowe flagi, stupy i miejsca, przy których można zatrzymać się na chwilę modlitwy. Dalej krajobraz szybko zaczyna się zmieniać, zabudowa znika, ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, a nad doliną coraz wyraźniej pojawia się Kailasz.
Pierwsza godzina marszu nie jest jeszcze szczególnie trudna. Problemem nie jest podejście, lecz wysokość, jesteśmy przecież ponad 4600 metrów nad poziomem morza. Idę więc powoli, oszczędzając oddech i patrząc, jak z każdym zakrętem doliny góra staje się coraz większa.
Selfie, gdy już się zgrzałem :) (bez czapki)
Nie ma to jak chińska flaga powiewająca w każdym miejscu w Tybecie. To może bardzo boleć miejscowych...... i boli.
Po drodze mijam kamienie pokryte tybetańskimi modlitwami. Niektóre są starannie wyryte, inne wyglądają jak fragmenty większych kamiennych murów, które powstawały tutaj przez lata. To nie jest zwykły szlak turystyczny.
Każdy kolejny kilometr prowadzi mnie coraz głębiej w przestrzeń, którą pielgrzymi traktują jako świętą.
Pierwsza godzina marszu nie jest jeszcze szczególnie trudna. Problemem nie jest podejście, lecz wysokość, jesteśmy przecież ponad 4600 metrów nad poziomem morza. Idę więc powoli, oszczędzając oddech i patrząc, jak z każdym zakrętem doliny góra staje się coraz większa.
Kailasz nie trzeba tutaj szukać. Zaczyna po prostu towarzyszyć pielgrzymowi.











