Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄

Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.

Monday, September 21, 2026

Początek drugiego dnia

Noc minęła w schronisku, w dwunastoosobowym pokoju, i rano dziękowałem wszystkim bogom, jakich tylko znałem, że stolec i inne sprawy trzymały się dzielnie, więc po przebudzeniu nie musiałem rozpoczynać dnia od poszukiwania tybetańskiego wychodka. 

Nie będę jednak zamieszczał tutaj zdjęcia sracza, jak miałem to w zwyczaju, mieszkając w Tajlandii. Wybaczycie?


Tym razem mam nawet tragarza, bo trasa robi się poważna, a człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że są rzeczy, które lepiej powierzyć komuś młodszemu. Raki trzymam w pogotowiu, bo przede mną podejście na ponad 5500 metrów i jeśli szlak okaże się oblodzony, moje dotychczasowe przekonanie, że jestem całkiem sprawnym podróżnikiem, może zostać wystawione na dość bolesną próbę.

Pada jeszcze śnieg, kiedy po ciemku ruszam w drogę, a ponieważ śniadanie będzie dopiero o dziewiątej, przez pierwsze godziny pielgrzymuję głównie na własnej ambicji i resztkach wczorajszej kolacji. Wreszcie docieram do budynku parterowego o architekturze tak prostej jak moje drewniane klocki do zabawy w dzieciństwie gdy towarzysz Gomułka zawiadował PRL-em. Ten przybytek chce być nazywany restauracją i na tej wysokości człowiek staje się niezwykle tolerancyjny wobec architektury, kuchni i higieny, zwłaszcza kiedy dostaje miskę gorącego makaronu, więc w pełni akceptuje semantykę.

I właśnie wtedy natura postanawia dorzucić coś od siebie: z dachu kapie woda z topniejącego lodu i kolejne krople wpadają prosto do mojej miski z noodlami, więc zamiast narzekać, mieszam wszystko razem i dochodzę do wniosku, że bardziej świeżego składnika na śniadanie już dzisiaj nie dostanę. 😂




A góry stoją sobie spokojnie, niczego ode mnie nie chcą, nie poganiają mnie, nie pytają, czy dam radę, tylko patrzą na ten cały pochód ludzi, którzy z własnej woli przyszli tutaj, żeby przez kilka godzin cierpieć, i być może właśnie dlatego są takie piękne, bo góra nigdy nie obiecuje człowiekowi, że będzie łatwo.

W pewnym momencie przestaję już myśleć o końcu drogi, o kilometrze, o wysokości i o tym, ile jeszcze zostało, bo człowiek na takich wysokościach zaczyna żyć w bardzo krótkiej perspektywie: jeszcze do tamtego kamienia, potem jeszcze do tamtej skały, potem usiądę na minutę, a kiedy już usiądzie, patrzy na tych wszystkich ludzi idących dalej i myśli sobie, że może jednak trzeba było zostać w Darchen i zostać człowiekiem, który opowiada o pielgrzymkach, zamiast człowiekiem, który je odbywa.

I tak właśnie zaczyna się drugi dzień kory: bez wielkich objawień, bez muzyki anielskiej i bez nagłego oświecenia, za to z potem pod kurtką, ciężkim oddechem, coraz wyższymi górami i tą prostą myślą, która po pewnym czasie staje się najważniejszą filozofią całego Kailaszu: idź dalej, bo przecież już tu jesteś.





 

Drugiego dnia zaczynam dostrzegać, jak niektórzy, chyba mocno naćpani wyobraźnią, stworzyli własną „mistykę” Kailaszu i dorobili do góry legendy o polach magnetycznych, statkach kosmicznych i podziemnych miastach ukrytych pod jej zboczami. Sprawdzam więc dyskretnie, czy włosy i paznokcie rzeczywiście rosną mi tutaj dwadzieścia razy szybciej niż na nizinach, a przy okazji rozglądam się za statkami kosmicznymi zaparkowanymi pod lodem. 

W końcu góra jest przecież piramidą, którą miała zbudować cywilizacja panująca na Ziemi jeszcze przed potopem.