Thursday, September 24, 2026

Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości

Odwrót spod Kailaszu. 

Pielgrzymka skończona, święta góra zostaje za plecami, a ja znowu wsiadam do samochodu i zaczynam drogę powrotną do Lhasy, czyli wracam do świata, w którym człowiek nie musi już codziennie negocjować z własnymi płucami, kolanami i wysokością. 

Przez kilka dni byłem prawdziwym pielgrzymem, chodziłem po kamieniach, wspinałem się na 5600 metrów, oglądałem ludzi palących modlitewne kartki, wnuczki podtrzymujące babcie i facetów z butlami tlenowymi, a teraz siedzę sobie wygodnie i patrzę, jak święty Tybet przesuwa się za szybą.


Krajobraz niewiele się zmienia, bo tutaj wszystko wygląda tak, jakby ktoś przed milionami lat rozpoczął wielkie dzieło budowlane, po czym rzucił narzędzia i powiedział: dobra, dalej już nie robię. 

Góry, pustka, śnieg, kamienie, trochę trawy i ta nieskończona przestrzeń, w której człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy potrafili przez stulecia żyć tutaj bez potrzeby stawiania centrów handlowych co trzy kilometry. No bo, jak? 

Dwie osoby na kilometr kwadratowy razem z armią Chińczyków osiedlających się duzymi falami od ponad 20 lat.

W samym Tybetańskim Regionie Autonomicznym żyje prawie 4 miliony jaków, to więcej niż ludzi.



Aż nagle pojawia się stacja benzynowa. I jest w tym coś wzruszającego, bo po całej tej duchowości, mantrach, świętych jeziorach i górze zamieszkałej przez bogów wracamy do rzeczy naprawdę ważnych: benzyny, oleju i rachunku. Człowiek patrzy na dystrybutory i czuje, że cywilizacja jednak o nim nie zapomniała.




Dalej droga prowadzi przez przełęcze i doliny, a ja zaczynam sobie uświadamiać, że ta podróż działa trochę jak sen. Najpierw Lhasa, potem klasztory, Everest, pustka zachodniego Tybetu, Kailasz, kora, Manasarovar, a teraz znowu droga powrotna. Człowiek widział tyle rzeczy, że mózg zaczyna je układać w jedną wielką historię, tylko nie bardzo wiadomo, gdzie w niej kończy się geografia, gdzie religia, a gdzie zwykłe zmęczenie.

I właśnie wtedy mijamy znak ograniczenia prędkości do pięciu kilometrów na godzinę i pomyślałem sobie, że Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości. Po tylu dniach na Dachu Świata pięć kilometrów na godzinę nie jest już nawet ograniczeniem. 

To jest filozofia życia.

 



Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem. 

Coś z tej góry jedzie razem z nim. Może trochę kamieni w butach, może kilka zdjęć, może zmęczenie nóg, a może po prostu świadomość, że gdzieś daleko na zachodzie Tybetu istnieje miejsce, do którego można dojść pieszo, jeśli człowiek jest wystarczająco uparty i ma wystarczająco mało rozsądku.

Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄

Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.