Tym razem mam nawet tragarza, bo trasa robi się poważna, a człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że są rzeczy, które lepiej powierzyć komuś młodszemu. Raki trzymam w pogotowiu, bo przede mną podejście na ponad 5500 metrów i jeśli szlak okaże się oblodzony, moje dotychczasowe przekonanie, że jestem całkiem sprawnym podróżnikiem, może zostać wystawione na dość bolesną próbę.
Pada jeszcze śnieg, kiedy po ciemku ruszam w drogę, a ponieważ śniadanie będzie dopiero o dziewiątej, przez pierwsze godziny pielgrzymuję głównie na własnej ambicji i resztkach wczorajszej kolacji. Wreszcie docieram do budynku parterowego o architekturze tak prostej jak moje drewniane klocki do zabawy w dzieciństwie gdy towarzysz Gomułka zawiadował PRL-em. Ten przybytek chce być nazywany restauracją i na tej wysokości człowiek staje się niezwykle tolerancyjny wobec architektury, kuchni i higieny, zwłaszcza kiedy dostaje miskę gorącego makaronu, więc w pełni akceptuje semantykę.
I właśnie wtedy natura postanawia dorzucić coś od siebie: z dachu kapie woda z topniejącego lodu i kolejne krople wpadają prosto do mojej miski z noodlami, więc zamiast narzekać, mieszam wszystko razem i dochodzę do wniosku, że bardziej świeżego składnika na śniadanie już dzisiaj nie dostanę. 😂
I'm getting increasingly fascinated by the way people take ordinary travel experiences and add all sorts of mystical elements to them, as if they were revealed truths.
— Leonard Szuszkiewicz (@Tribudragon) September 20, 2026
I'm starting to take part in this process myself, creating an alternative, metaphysical world alongside the… pic.twitter.com/HElyqWAbhH













