Wednesday, October 21, 2026

Zanim wejdziemy na wieżę w Bamako

Zanim człowiek wdrapie się na wieżę i zacznie udawać, że ogląda Afrykę z lotu ptaka, musi najpierw przeżyć to, co dzieje się na dole. 


A tam, proszę państwa, kolorowy minibus wygląda jakby go pomalował pijany artysta po trzech dniach świętowania, motocykle przeciskają się między samochodami, kurz osiada na wszystkim, a ludzie idą przez ten cały bałagan z minami, jakby właśnie wyszli z piekarni po świeże bułki. 

I wtedy pojawia się nasz przewodnik w pasiastym ubraniu, gestykuluje, tłumaczy, pokazuje, a ja patrzę na niego i myślę, że gdyby dostał jeszcze mikrofon, mógłby prowadzić własną telewizję.



Prowadzi nas do wieży, ale zanim tam dotrzemy, Bamako zdąży opowiedzieć nam kilka historii, których nie ma w żadnym folderze. 

Bo ja nie wiem, jak to jest z innymi ludźmi, ale kiedy jadę do obcego kraju, najbardziej interesuje mnie właśnie ten cały rozgardiasz: człowiek, który coś niesie, drugi, który coś sprzedaje, trzeci, który trąbi, choć nikt nie wie po co, i czwarty, który stoi pośrodku tego wszystkiego z taką godnością, jakby był ministrem od spraw wszechświata. A wieża? Wieża może poczekać. Przecież nie po to przyjechałem do Bamako, żeby tylko patrzeć z góry na ludzi, skoro na dole dzieje się całe życie.





Duduś nawija i bardzo mu do twarzy w stym bawełnianym kubraku w naturalne pasy z indygo.

Saturday, October 17, 2026

Taniec Malinke dla importowanych leszczy

Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją. 

Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.


Na szczęście można jeszcze uciec. 

Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.






 

Thursday, October 15, 2026

Czy sawanna nie jest piękna? Łuk Kamandjan

W drodze do wioski Duduś prowadzi mnie przez granie, skąd widać całą dolinę Nigru, i człowiek od razu rozumie, dlaczego ludzie od wieków lubili mieszkać wysoko, gdzie wiatr suszy pot, a wróg musi się nieźle napocić, zanim zapuka do drzwi. 


W średniowieczu stało tu kilka wiosek, bo skały dawały bezpieczeństwo i można się było bronić przed intruzami, a że w dawnym Mali ludzie również mieli swoje ambicje, urazy, wodzów z wielkim ego i sąsiadów, których najchętniej widzieliby na kolanach, to nawalanka trwała w najlepsze.



I pomyśleć, że nie potrzeba było żadnych przybyszów z dalekich stron, żeby człowiek człowiekowi urządzał piekło, bo do dominowania, łupienia i wykorzystywania bliźniego nasz gatunek miał talent od samego początku, jeszcze zanim nauczył się pisać podania o zgodę na budowę płotu.




A Niger płynął sobie w dole i patrzył na to wszystko z obojętnością starego kelnera, który widział już tyle awantur przy stolikach, że nawet nie podnosi brwi.



Duduś opowiadał o herosach potężnych jak u Homera, którzy potrafili rozdupczyć całe skały z własnej inicjatywy, bez pozwolenia na budowę i, co najważniejsze, bez jednej laski dynamitu. Patrzyłem na ten kamienny łuk pod Siby i zastanawiałem się, gdzie się podziali ci wszyscy mocarze. Może wymarli, może przeszli na emeryturę, a może do dziś siedzą zamelinowani w którejś z pobliskich jaskiń i czekają, aż ktoś ich wreszcie poprosi o rozbiórkę kolejnej góry. Bo gdyby taki heros wrócił do roboty, niejeden deweloper mógłby wreszcie odetchnąć z ulgą.