Saturday, October 17, 2026

Taniec Malinke dla importowanych leszczy

Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją. 

Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.


Na szczęście można jeszcze uciec. 

Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.






 

Thursday, October 15, 2026

Czy sawanna nie jest piękna? Łuk Kamandjan

W drodze do wioski Duduś prowadzi mnie przez granie, skąd widać całą dolinę Nigru, i człowiek od razu rozumie, dlaczego ludzie od wieków lubili mieszkać wysoko, gdzie wiatr suszy pot, a wróg musi się nieźle napocić, zanim zapuka do drzwi. 


W średniowieczu stało tu kilka wiosek, bo skały dawały bezpieczeństwo i można się było bronić przed intruzami, a że w dawnym Mali ludzie również mieli swoje ambicje, urazy, wodzów z wielkim ego i sąsiadów, których najchętniej widzieliby na kolanach, to nawalanka trwała w najlepsze.



I pomyśleć, że nie potrzeba było żadnych przybyszów z dalekich stron, żeby człowiek człowiekowi urządzał piekło, bo do dominowania, łupienia i wykorzystywania bliźniego nasz gatunek miał talent od samego początku, jeszcze zanim nauczył się pisać podania o zgodę na budowę płotu.




A Niger płynął sobie w dole i patrzył na to wszystko z obojętnością starego kelnera, który widział już tyle awantur przy stolikach, że nawet nie podnosi brwi.



Duduś opowiadał o herosach potężnych jak u Homera, którzy potrafili rozdupczyć całe skały z własnej inicjatywy, bez pozwolenia na budowę i, co najważniejsze, bez jednej laski dynamitu. Patrzyłem na ten kamienny łuk pod Siby i zastanawiałem się, gdzie się podziali ci wszyscy mocarze. Może wymarli, może przeszli na emeryturę, a może do dziś siedzą zamelinowani w którejś z pobliskich jaskiń i czekają, aż ktoś ich wreszcie poprosi o rozbiórkę kolejnej góry. Bo gdyby taki heros wrócił do roboty, niejeden deweloper mógłby wreszcie odetchnąć z ulgą.


Wednesday, October 14, 2026

Precz z plastikiem, niech żyje legenda

Ponad godzinę jazdy od Bamako wylądowałem na takim zadupiu, że zachodnioafrykańska sawanna ciągnęła się po horyzont, a tu nagle stoi kosz z napisem „Soyons plus propre, stop plastique”, czyli bądźmy czyściejsi, precz z plastikiem. 

Człowiek od razu nabiera ochoty, żeby zapytać, gdzie tu jest drugi kosz, na papier, szkło i resztki po obiedzie, ale szybko przypomina sobie, że na prowincji sam wybór miejsca, w którym można wyrzucić śmieci, bywa już luksusem.





Duduś opowiadał nam legendy przy skalnej ścianie, gestykulując tak zawzięcie, jakby od jego rąk zależało, czy historia zakończy się w jedenastym, czy trzynastym wieku, co zresztą nie miało dla niego większego znaczenia, bo kiedy człowiek ma taką gadkę, dwa stulecia w tę czy we w tę nie robią różnicy. 

Słuchałem go z podziwem, bo Duduś potrafił mówić bez końca, a ja po tylu latach podróżowania wiem, że dobry przewodnik to taki, który nawet kiedy sam już nie wie, czy było to jedenaście, czy trzynaście, sprawia, że człowiek najchętniej zostałby z nim do wieczora.




Po wysłuchaniu Dudusia ruszyliśmy dalej z buta, za skały, bo w Afryce nawet legendy nie zwalniają człowieka z chodzenia, a samochód nie zawsze może podjechać tam, gdzie wyobraźnia przewodnika już dawno dotarła. 

Patrzyłem pod nogi, żeby nie zostać bohaterem kolejnej miejscowej opowieści, tym razem o białym człowieku, który potknął się o kamień i przez trzy stulecia nie mógł ustalić, czy był to wiek jedenasty, czy trzynasty.



Po tych wszystkich skałach, legendach i kamieniach doczekałem się wreszcie nagrody: klimatyzowanego transportu do łóżka i łazienki, czyli dwóch największych luksusów, jakie człowiek potrafi docenić po całym dniu na afrykańskim zadupiu. 

W Bamako może i mieliśmy wygodne życie, ale na sawannie człowiek szybko odkrywa, że prawdziwy luksus nie zaczyna się od złotych kranów, tylko od tego, że nie musi już szukać toalety za najbliższą skałą.