W drodze do wioski Duduś prowadzi mnie przez granie, skąd widać całą dolinę Nigru, i człowiek od razu rozumie, dlaczego ludzie od wieków lubili mieszkać wysoko, gdzie wiatr suszy pot, a wróg musi się nieźle napocić, zanim zapuka do drzwi.
W średniowieczu stało tu kilka wiosek, bo skały dawały bezpieczeństwo i można się było bronić przed intruzami, a że w dawnym Mali ludzie również mieli swoje ambicje, urazy, wodzów z wielkim ego i sąsiadów, których najchętniej widzieliby na kolanach, to nawalanka trwała w najlepsze.
I pomyśleć, że nie potrzeba było żadnych przybyszów z dalekich stron, żeby człowiek człowiekowi urządzał piekło, bo do dominowania, łupienia i wykorzystywania bliźniego nasz gatunek miał talent od samego początku, jeszcze zanim nauczył się pisać podania o zgodę na budowę płotu.
A Niger płynął sobie w dole i patrzył na to wszystko z obojętnością starego kelnera, który widział już tyle awantur przy stolikach, że nawet nie podnosi brwi.
Duduś opowiadał o herosach potężnych jak u Homera, którzy potrafili rozdupczyć całe skały z własnej inicjatywy, bez pozwolenia na budowę i, co najważniejsze, bez jednej laski dynamitu. Patrzyłem na ten kamienny łuk pod Siby i zastanawiałem się, gdzie się podziali ci wszyscy mocarze. Może wymarli, może przeszli na emeryturę, a może do dziś siedzą zamelinowani w którejś z pobliskich jaskiń i czekają, aż ktoś ich wreszcie poprosi o rozbiórkę kolejnej góry. Bo gdyby taki heros wrócił do roboty, niejeden deweloper mógłby wreszcie odetchnąć z ulgą.








