Sunday, October 4, 2026

Chińczyk w szlafroku sprzedaje herbatę

W centrum Lhasy trafiam do sklepu z herbatą, 
który wygląda tak, jakby ktoś przez ostatnie trzydzieści lat wrzucał do niego wszystko, co da się wysuszyć, zaparzyć albo sprzedać w plastikowym słoiku. 

Na półkach herbata w czerwonych, zielonych i żółtych opakowaniach, w wielkich słojach suszone kwiaty, jakieś korzenie, zioła, jagody, liście i rzeczy, których nawet nie próbuję rozpoznać, bo człowiek na wysokości 3600 metrów powinien przede wszystkim oddychać, a dopiero potem zastanawiać się, co właśnie ogląda. 

Sklepy z herbatą i herbaciarnie są zresztą stałym elementem życia starej Lhasy.

 


Nie wiem, czy ten człowiek właśnie wstał, czy za chwilę idzie spać, czy też prowadzenie sklepu w szlafroku jest tutaj pełnoprawnym chińskim modelem biznesowym, ale wygląda na całkowicie zadowolonego z życia.

Najbardziej podoba mi się jego ubranie, bo przy całym tym ogromnym wyborze herbat, suszonych kwiatów, jagód goji, ziół i różnych tajemniczych substancji to właśnie on jest najbardziej egzotycznym towarem w sklepie.



Na jednym opakowaniu widzę mieszankę z kwiatami i owocami, na innym coś, co wygląda jak suszone gałązki po spotkaniu z bardzo zdyscyplinowaną kozą, a jeszcze gdzie indziej całe morze zielonych liści.

I nagle człowiek zaczyna rozumieć, że herbata w Azji to nie jest po prostu herbata.

To jest osobny wszechświat.




A ja stoję pośrodku tego wszechświata, patrzę na Chińczyka w szlafroku i zastanawiam się, czy kupić herbatę, czy może najpierw zapytać, gdzie kupił taki szlafrok.

Bo przecież podróżowanie polega właśnie na tym, że człowiek jedzie na drugi koniec świata po rzeczy wielkie, a potem wraca z głową pełną drobnych historii.

I czasami z herbatą.

A czasami tylko ze zdjęciem Chińczyka w szlafroku.




Wiosną wzbogacę więc swoją garderobę o kwiecisty szlafrok i, jeśli tylko będę jeszcze w Polsce, zacznę w nim chodzić do Biedronki. A właściwie dlaczego nie? Pamiętam, że na początku XXI wieku przywoziłem z Tajlandii jedwabne szlafroki na prezenty. Były granatowe, w czerwone i złote, milimetrowej wielkości kwiaty, a na plecach miały wielkie złote smoki.

Jeden taki szlafrok podarowałem kiedyś Maćkowi Maciejowskiemu. Przyjeżdżam do niego w odwiedziny do Krakowa, rano wychodzę z pokoju, a tu jego dziewczyna parzy kawę, ubrana właśnie w ten szlafrok. Ładnie wyglądała ta ówczesna blondyna. Maciek zresztą zawsze miał słabość do blondynek.

Czyli wszystko zatacza koło.

Najpierw Tajlandia, potem Chińczyk w szlafroku prowadzący sklep z herbatą w Lhasie, a teraz ja, idąc w ślady Lebowskiego i tybetańskiego przedsiębiorcy, kupię sobie odpowiedni egzemplarz na Allegro.

I będę w nim chodził do Biedronki.

Człowiek całe życie podróżuje, żeby w końcu odkryć, że najlepsze pomysły na garderobę przywozi się z Azji. 😂

No comments:

Post a Comment