Jechałem pociągiem do Warszawy i czytałem książkę Christiana Krachtsa „Umarli”. Zainteresowała mnie przywołana tam postać Friedricha Murnaua, reżysera, który w złotym okresie niemieckiego kina nakręcił „Nosferatu”. W 1941 roku zginął w wypadku samochodowym w Kalifornii, nie doczekawszy premiery swojego najnowszego filmu, kręconego na Tahiti.
Nie wiem, kiedy i w jaki sposób sprowadzono jego zwłoki do Berlina. Wiem natomiast, że jacyś wyznawcy horroru ukradli mu czaszkę z grobu. Murnau podejmował więc złe decyzje nie tylko za życia, ale nawet po śmierci.
Gdyby urodził się w Bamako, kariery filmowej zapewne by nie zrobił, a już na pewno żaden miłośnik horroru nie połakomiłby się na jego czaszkę. Miałby święty spokój. Jak na ironię, człowiek, który stworzył jednego z najsłynniejszych wampirów w historii kina, sam nie zaznał spokoju nawet we własnym grobie.
Tworząc fabułę „PISMA” i zagłębiając się w średniowiecze, natrafiam na tyle luk w historii, że można tam śmiało wrzucić najbardziej szaloną hipotezę, a potem, mając w ręku jakiś artefakt, nagiąć do niej fakty na niewyobrażalną skalę. I właśnie to postaram się udowodnić.
Ale zostawmy średniowiecze i przenieśmy się do Bamako. Nie wiem, kiedy Mali otrząśnie się z oparów tego absurdu i przestanie nadawać ulicom francuskie nazwy. Dlaczego plac albo pomnik upamiętniający niepodległość nie miałby nazywać się po prostu UHURU < wolność w języku suahili > albo nosić nazwy w jednym z własnych języków Mali?
Zamiast tego dawna kolonia nadal nazywa swoje ulice po francusku, a pomniki buduje na wzór tych, które stawiali jej dawni okupanci. Nie wystarczy wyrzucić kolonizatora za drzwi, jeśli zostawiło się go we własnej głowie. Wtedy człowiek sam siebie kolonizuje, a na dodatek robi to z rozmachem i za własne pieniądze.
Całe szczęście, że ta wieżyczka ma w sobie coś z rodzimej architektury banco. Afrykę czekają w tym stuleciu wielkie przetasowania polityczne. Za pięćdziesiąt lat kontynent może być nie do poznania. Pytanie tylko, w którą stronę pójdzie.
Pierwszy scenariusz to Afryka w stylu „Mad Maxa”: państwa rozpadające się pod ciężarem korupcji, walk o władzę i surowce, miasta pożerane przez chaos, a za murami strzeżonych enklaw garstka uprzywilejowanych, która pilnuje swoich studni, generatorów i ostatnich zapasów wody. Kontynent, na którym przyszłość przypominałaby ruinę, zanim jeszcze zdążyłaby powstać.
Drugi scenariusz jest znacznie ciekawszy: Afryka przestaje naśladować cudze wzory, odzyskuje własną wyobraźnię i buduje nowoczesność na swoich warunkach. Tworzy miasta wyrastające z lokalnych tradycji, architekturę czerpiącą z klimatu i dawnych technik, własne centra nauki, technologii i kultury. Nie kopiuje Paryża, Londynu ani Szanghaju, lecz tworzy coś, czego nikt wcześniej nie widział....choć to kopiowanie Paryża wisi w powietrzu przy spełnieniu obu scenariuszy.
Paryż to w pewnym sensie Afryka.
Zrobiłem zdjęcie tablicy z napisem Boulevard de l’Indépendance, a pod spodem datą 22 septembre 1960, i pomyślałem, że Francuzi musieli mieć kiedyś niezły kłopot z tymi wszystkimi datami, bo człowiek ledwie zdążył zapamiętać jedną kolonię, a już następna ogłaszała niepodległość, zdejmowała flagę, wciągała nową, przemalowywała urząd i zmieniała nazwy ulic, jakby od tego miało się zmienić wszystko, łącznie z ceną benzyny i charakterem człowieka, który od trzydziestu lat sprzedawał na rogu te same orzeszki.




No comments:
Post a Comment