Znacie jakieś komedie chińskie?
Najbardziej uderza jednak liczba kamer. Jedziesz przez pustkowie, gdzie przez kilkadziesiąt kilometrów możesz nie spotkać człowieka, a mimo to masz wrażenie, że ktoś patrzy. W Tybecie nawet pustka jest monitorowana.
Droga przez Tybet ma swoje prawa.
Człowiek może jechać godzinami przez krajobraz, w którym nie ma niczego oprócz kamienia, śniegu i nieba, a potem nagle pojawia się znak ostrzegający przed zmęczeniem kierowcy.
„Fatigue driving brings endless troubles”, te kilka słów, które brzmią jak fragment instrukcji obsługi życia. Tutaj, na wysokości, gdzie każdy oddech przypomina o swojej cenie, nawet zmęczenie zostało objęte administracją.
Potem miasto.
Czerwone słupy, czerwone flagi, kamery, skutery, kwiaty w drewnianych skrzyniach i ludzie przechodzący obok siebie, jakby każdy należał do innej historii. Tybetańskie ornamenty spotykają chińską infrastrukturę, stare znaki spotykają nowe urządzenia, a nad wszystkim góra, która od tysięcy lat nie musi nikomu tłumaczyć, po której jest stronie.
Miasto wygląda spokojnie. I właśnie ta spokojność jest tutaj najbardziej wymowna.
Samochód zatrzymany przy ulicy, a za nim góra.
Ford, chińskie tablice, sklep z elektroniką, kolorowe szyldy, kwiaty i wielkie, suche zbocze wyrastające nad miastem. Wszystko wydaje się przypadkowe, dopóki nie spojrzeć drugi raz: samochód mówi o współczesności, sklep o gospodarce, znaki o państwie, a góra o czymś, czego żadna z tych rzeczy nie zdołała jeszcze zmienić.
Sklep na tybetańskiej ulicy wygląda jak małe archiwum codziennego życia.
Na półkach stoją towary, których nazw nie potrafię przeczytać, przed sklepem ludzie prowadzą rozmowę, której również nie rozumiem, a nad nimi wszystkimi widnieje napis w języku, który dla przybysza pozostaje tajemnicą. I może właśnie dlatego ta scena wydaje mi się tak prawdziwa: człowiek wchodzi tutaj jako obcy, patrzy przez chwilę, próbuje odczytać kilka znaków, po czym odkrywa, że w Tybecie nawet zwykły sklep jest dokumentem historii.




No comments:
Post a Comment