Friday, October 30, 2026

Picasso chciał tajemnicy

Kiedy ogląda się afrykańskie maski, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego taki Picasso zachorował na sztukę afrykańską i nigdy już się z tej choroby nie wyleczył.

Nie interesowało go kolekcjonowanie kawałków drewna, które miały za sobą autentyczne ceremonie, rytuały i niejedną noc, kiedy przy świetle ogniska działy się rzeczy, o jakich Europejczykom nawet się nie śniło. Picasso chciał tajemnicy, a czy maska była świadkiem inicjacji, tańca czy pogrzebu, było mu, mówiąc po naszemu, wsio rawno. Tak samo jak turystom, których dzisiaj w Bamako nie ma, choć drewniane twarze wiszą na ścianach i cierpliwie czekają na kogoś, kto zabierze je do salonu w Paryżu albo do mieszkania w Berlinie.


Maska musiała mieć egzotyczny kształt, nos jak dziób dziwnego ptaka, oczy, które patrzyły na człowieka tak, jakby wiedziały o nim coś, czego on sam jeszcze nie zdążył się dowiedzieć. 

Miała przemawiać do wyobraźni, a Picasso, który wyobraźnię miał jak stąd do Timbuktu, przetworzył to wszystko po swojemu i dołożył kilka pięter do gmachu europejskiej sztuki. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek przyszło mu do głowy, żeby wypłacić tantiemy tym wszystkim bezimiennym artystom, od których pożyczał pomysły. W tamtych czasach o prawach autorskich do inspiracji nikt specjalnie nie rozprawiał. Europejczyk brał maskę, Afrykanin dostawał za nią kilka franków, a później europejskie muzea, galerie i kolekcjonerzy odkrywali, że oto narodziła się nowoczesność. 




Miałem kiedyś książkę Aliny Trojan o sztuce afrykańskiej, wydaną w PRL-u w 1973 roku. 

Jak na tamte pogomółkowskie czasy było to przedsięwzięcie niemal kosmiczne. Człowiek, który marzył o Afryce, musiał się najpierw zadowolić książką, bo wyjazd do Rumunii uchodził za ekstrawagancję, a co dopiero mówić o Bamako, gdzie można było obejrzeć maski, których nikt jeszcze nie zdążył opisać po polsku. Ta książka była dla mnie czymś więcej niż albumem. Była uchylonymi drzwiami do świata, który istniał gdzieś daleko, poza granicami wyobraźni pilnowanej przez paszport, dewizy i urzędnika z odpowiednią pieczątką.




Moja przyjaciółka, pani redaktor Marzena, kiedy już pożyczyła ode mnie tę książkę, żartowała, że nigdy mi jej nie odda. I, prawdę mówiąc, rozumiałem ją doskonale. Niektóre książki mają w sobie coś z masek: człowiek bierze je do ręki, zagląda za ich drewnianą twarz i nagle znajduje się w innym świecie. A potem trudno mu je oddać, bo razem z książką musiałby oddać również kawałek własnej wyobraźni.




Dzisiaj stoję w Bamako przed ścianą pełną masek. 

Turystów nie ma, ale towar jest, tajemnica jest, a drewno wciąż potrafi przemówić do człowieka, który niekoniecznie przyjechał tu po pamiątkę. I cieszę się, że ten świat nadal istnieje. Nie dlatego, że można go kupić, sfotografować i zabrać ze sobą, ale dlatego, że mimo Picassa, muzeów, sklepów z pamiątkami i całej naszej europejskiej zachłanności wciąż pozostaje w nim coś, czego nie da się zapakować do walizki. Coś, co być może właśnie dlatego tak bardzo nas pociąga.




 

No comments:

Post a Comment