Monday, September 28, 2026

Kolorowa religia jest weselsza od szaro-ciemnej

Buddyzm wyrósł w Indiach, 

z tego samego wielkiego religijnego kotła, z którego przez wieki kształtował się także hinduizm. Do Tybetu przyszedł w VII wieku, między innymi z Nepalu, który od dawna pozostawał w orbicie cywilizacji wielkich Indii. 

I może dlatego tybetańskie świątynie mają w sobie coś z hinduistycznego szaleństwa kolorów, im więcej czerwieni, żółci, błękitu, zieleni i złota, tym lepiej.


Uwielbiam ten świat. 

Jest dokładnym przeciwieństwem zachodnich miejsc wiary, gdzie człowiek wchodzi do środka i od razu rozumie, że życie jest poważne, grzech jest poważny, śmierć jest poważna, a nawet światło powinno zachowywać się przyzwoicie. Tutaj natomiast wszystko jest kolorowe, trochę obdrapane, trochę wyblakłe i przez to jeszcze piękniejsze.



Dla reportera to błogosławieństwo. 


Wystarczy kawałek ściany, stary ornament, mantra, bóstwo, znak szczęścia albo modlitewny walec i już jest zdjęcie. A kiedy nad tym wszystkim rozciąga się lazurowe niebo, nawet czekająca nas śmierć wygląda jakoś bardziej optymistycznie.




Bo jeśli już mamy umrzeć, to przynajmniej wcześniej warto popatrzeć na coś tak kolorowego.




 DYGRESJA


A skoro już wspomniałem o Nepalu, to warto zrobić małą dygresję. Kraj ten przez wieki pozostawał mocno związany z cywilizacją indyjską, religią, handlem i kulturą wielkich Indii, ale jakoś nigdy nie dał się do tych Indii ostatecznie przykleić. 

Góry zrobiły swoje, politycy swoje, a historia swoje. I tak Nepal pozostał Nepalem, trochę pomiędzy Indiami, Tybetem i Chinami, trochę własnym światem, co zresztą w tej części Azji jest chyba najlepszym sposobem na przetrwanie.


Zresztą zawsze fascynowały mnie takie małe państwa, które przetrwały pomiędzy wielkimi sąsiadami. Człowiek patrzy na mapę i wydaje mu się, że wystarczy trochę nacisnąć, przesunąć granicę, wysłać wojsko i po sprawie. Historia jednak pokazuje, że z górami, ludźmi i ich uporem nie zawsze jest tak łatwo.

No comments:

Post a Comment