Wednesday, September 30, 2026

Kailash - The Sacred Pilgrimage (2026) - Leonard on the Ground

Kailash is one of those places where, after a while, you stop counting kilometres, metres and hours. 

You simply walk, breathe, look around and wonder why you decided that walking 52 kilometres around a mountain at more than 5,000 metres was a good idea.

The pilgrimage, known as the Kora, takes around three days. 

People come here for very different reasons: faith, tradition, curiosity, legends or simply because they want to see one of the most extraordinary mountains on Earth.


And there are plenty of legends.

Underground cities. Hidden tunnels. Strange magnetic forces. Ancient civilisations. Spaceships supposedly waiting somewhere beneath the mountain.

So I keep my eyes open.

I check my hair and fingernails, but nothing unusual. No spaceships either.

What I do find are people. Tibetan pilgrims walking quietly, resting beside the trail, turning prayer wheels, carrying their belongings and continuing towards the next stage of the journey.

And after a few hours, something interesting happens. The great spiritual questions become surprisingly practical. Where is the next shelter? Is there any food?

And how much longer do I have to walk?


Perhaps this is the real pilgrimage: setting out to understand something greater than yourself and discovering, somewhere above 5,000 metres, that you are still just a tired human being looking for a cup of tea.

Ethiopia, 1998–2026: From One War to Another, with a Nobel Prize in Between

I was in Addis Ababa for a while a few months ago. Ate well, breathed some wonderfully fresh air at nearly 2,400 metres, and went up towards the 3,000-metre heights of Entoto.

But I couldn’t find one thing: my old favourite, Meta beer, the taste of Ethiopia I remembered from the 20th century.


 A 50-minute film I made in Ethiopia in 1998, during my first reporting journey through Abyssinia.



 



A lot has been happening there lately, so I have my sights set on Addis Ababa and the surrounding area. I think people in the capital are still eating injera peacefully and going about their lives, just as they did during the war with Eritrea in 1998. 

Perhaps the conflict will stop at the country’s outskirts; perhaps it will cut the umbilical cord connecting Ethiopia to its port in Djibouti. A lot is happening, and I don’t have a crystal ball. We’re watching.


How do you build a railway at an altitude of more than 5,000 metres? - Episode 4

The question sounds slightly absurd, 

because when I think of railways, I think of flat country, railway stations, platforms, people with suitcases and sandwiches wrapped in paper, not the Tibetan Plateau, where even breathing can become an activity requiring a certain amount of effort. And yet, between Xining and Lhasa, one of the highest railway lines in the world crosses precisely this landscape.

The train travels across the enormous Tibetan Plateau, with around 960 kilometres of the route lying above 4,000 metres above sea level. It is almost as if someone decided to build a railway at an altitude where most European trains would never even find a station.


I had just arrived in Xining on a flight from Beijing. 

Before boarding the train, I had some good food and got some sleep. The railway station itself was an interesting place to observe, and unlike Xining Airport, it was full of people.



Tibet Expressway

Jadę przez Tybet i zaczynam podejrzewać, 

że człowiek w tej części świata może być świadkiem rzeczy, których zupełnie się tutaj nie spodziewał. Bo oto droga prowadzi przez góry, na których nie ma prawie nic poza kamieniami, trawą, śniegiem i jakimiś nieszczęśliwymi krzakami, a przede mną pojawia się nagle tunel, i to nie taki, że dwie koparki wydłubały dziurę w skale i jakoś ją podparły, tylko porządny, szeroki, oświetlony, z wentylacją, oznaczeniami i wszystkim tym, co człowiek zwykle kojarzy raczej z autostradą gdzieś pod Alpami.


Wjeżdżamy.

I nagle robi się jasno jak w laboratorium. Lampy ciągną się kilometrami, ściany są gładkie, wszystko jest czyste, równo pomalowane, a droga wygląda tak, jakby ktoś przed chwilą wyjął ją z katalogu chińskiego ministerstwa transportu. Jedziemy przez środek góry, a ja patrzę na tę całą technikę i myślę sobie, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu człowiek, który chciałby przejechać tędy, musiałby mieć dobrego konia, dużo czasu i jeszcze więcej szczęścia.

Dzisiaj wystarczy autobus.





I właśnie tutaj zaczyna się moja ulubiona część tej tybetańskiej opowieści, bo kiedy po drugiej stronie tunelu zatrzymujemy się na chwilę, żeby odpocząć, widzę coś, czego również się tutaj nie spodziewałem.

Segregację śmieci.




Cztery pojemniki stoją grzecznie obok siebie: odpady inne, odpady nadające się do recyklingu, odpady niebezpieczne i odpady kuchenne. Każdy ma swój kolor, swoją nazwę, swoje obrazki, a nad wszystkim widnieje napis 西藏高速 , czyli Tibet Expressway.

I proszę bardzo.

Na wysokości, gdzie człowiek jeszcze niedawno musiał walczyć o każdy oddech, ktoś postanowił wprowadzić zasadę, że butelka ma trafić do jednego pojemnika, a resztki jedzenia do drugiego.


Brakuje już tylko kogoś, kto przyjdzie i zwróci mi uwagę, że plastikową butelkę wrzuciłem do niewłaściwego kosza.

I wtedy przypominam sobie, jak bardzo zmienił się Tybet. Kiedyś przez te góry przemieszczali się ludzie, karawany, pielgrzymi i zwierzęta. Droga była wydarzeniem samym w sobie, a góra stanowiła przeszkodę, z którą trzeba było się dogadać. Dzisiaj droga przechodzi pod górą, samochód jedzie dalej, a człowiek zatrzymuje się po drodze tylko po to, żeby napić się kawy, skorzystać z toalety albo posegregować śmieci.

I wszystko to dzieje się w miejscu, które jeszcze chwilę wcześniej wyglądało jak koniec świata.


Patrzę więc jeszcze raz na ten tunel i na cztery kosze na śmieci i dochodzę do wniosku, że może właśnie tutaj najlepiej widać współczesny Tybet.


Z jednej strony góra, która przez tysiące lat była górą.


Z drugiej strony człowiek, który postanowił zrobić w niej tunel.


A pomiędzy jednym a drugim stoi kosz z napisem „Recyclable”.



BONUS ZDJĘCIE 



Na tablicy przy wjeździe informacja, że tunel ma 2205 metrów długości i że podczas jazdy należy włączyć światła. Bardzo rozsądne zalecenie, szczególnie jeżeli ktoś zamierza przejechać przez górę zamiast wspinać się na nią pieszo.

Tuesday, September 29, 2026

I board a green train with a yellow stripe in Xining - Episode 3

I board a green train with a yellow stripe in Xining. 

This is not just any train, like the one Polish singer Maryla Rodowicz once sang about during the communist era, the days of socialist realism, but a train made up of carriages equipped with oxygen capsules.


 

Communism has survived in the PRC, but in the technological race it is overtaking the old, worn-out lions of the West.

You can already hear the rumbling coming from Washington, D.C.

And nothing more. Growls that might frighten, at most, a few little mice.

Monday, September 28, 2026

Telewizja pokazywała głód. Ja zobaczyłem zieloną Etiopię

Etiopia była zielona. A przed wyjazdem wszyscy mówili mi o głodzie. Obrazki w telewizji pokazywały głównie półpustynne tereny w pobliżu Somalii i spuchnięte z głodu dzieci.

Miałem nawet wystawę fotograficzną w szczecińskich 13 Muzach zatytułowaną „Zielona Etiopia”.

To co? Telewizja kłamała?

Nie.

Po prostu wybierała skrawki rzeczywistości, które pasowały do opowiadanej historii. A widzowie brali je za opis całego kraju.


 

Podobnie było z wojną.

W Polskim Radiu wybuchła panika: „Wojna!”. Próbowano skontaktować się ze swoją dziennikarką, która podróżowała wtedy ze mną, i ściągnąć ją do kraju.

W tamtych czasach nie mieliśmy jeszcze telefonu satelitarnego.

O wojnie z Erytreą dowiedzieliśmy się osobiście dopiero wtedy, kiedy dotarliśmy do Arba Minch.

Ta wojna była pod pewnym względem podobna do tej na Ukrainie. Front oddalony o setki kilometrów, a ty siedzisz spokojnie w hotelu, popijasz gin z tonikiem i planujesz kolejny dzień.

Kolorowa religia jest weselsza od szaro-ciemnej

Buddyzm wyrósł w Indiach, 

z tego samego wielkiego religijnego kotła, z którego przez wieki kształtował się także hinduizm. Do Tybetu przyszedł w VII wieku, między innymi z Nepalu, który od dawna pozostawał w orbicie cywilizacji wielkich Indii. 

I może dlatego tybetańskie świątynie mają w sobie coś z hinduistycznego szaleństwa kolorów, im więcej czerwieni, żółci, błękitu, zieleni i złota, tym lepiej.


Uwielbiam ten świat. 

Jest dokładnym przeciwieństwem zachodnich miejsc wiary, gdzie człowiek wchodzi do środka i od razu rozumie, że życie jest poważne, grzech jest poważny, śmierć jest poważna, a nawet światło powinno zachowywać się przyzwoicie. Tutaj natomiast wszystko jest kolorowe, trochę obdrapane, trochę wyblakłe i przez to jeszcze piękniejsze.



Dla reportera to błogosławieństwo. 


Wystarczy kawałek ściany, stary ornament, mantra, bóstwo, znak szczęścia albo modlitewny walec i już jest zdjęcie. A kiedy nad tym wszystkim rozciąga się lazurowe niebo, nawet czekająca nas śmierć wygląda jakoś bardziej optymistycznie.




Bo jeśli już mamy umrzeć, to przynajmniej wcześniej warto popatrzeć na coś tak kolorowego.




 DYGRESJA


A skoro już wspomniałem o Nepalu, to warto zrobić małą dygresję. Kraj ten przez wieki pozostawał mocno związany z cywilizacją indyjską, religią, handlem i kulturą wielkich Indii, ale jakoś nigdy nie dał się do tych Indii ostatecznie przykleić. 

Góry zrobiły swoje, politycy swoje, a historia swoje. I tak Nepal pozostał Nepalem, trochę pomiędzy Indiami, Tybetem i Chinami, trochę własnym światem, co zresztą w tej części Azji jest chyba najlepszym sposobem na przetrwanie.


Zresztą zawsze fascynowały mnie takie małe państwa, które przetrwały pomiędzy wielkimi sąsiadami. Człowiek patrzy na mapę i wydaje mu się, że wystarczy trochę nacisnąć, przesunąć granicę, wysłać wojsko i po sprawie. Historia jednak pokazuje, że z górami, ludźmi i ich uporem nie zawsze jest tak łatwo.

Tibet 2026 Notes from the Roof of the World

There are places where a journey begins with a plan.

Tibet is not one of them.

I arrived in Lhasa with the vague intention of seeing Tibet, which is roughly as precise as deciding to see Europe. Tibet is enormous, the roads go on forever, the mountains refuse to end and somewhere beyond all this there are sacred lakes, monasteries, villages, passes and a road leading eventually towards Mount Everest and Mount Kailash.


 So I started in Lhasa.

The city was already doing its best to confuse me. Pilgrims walked in circles around temples, scooters appeared from nowhere, taxis stopped where taxis apparently should not stop, monks disappeared through wooden doors and people carried plastic bags containing things whose importance I could only guess at.




I’m counting the green and blue license plates on the streets. What proportion do they make up?

 The cars, however, did not seem particularly interested in me.

This is one of the pleasures of Lhasa. You can stand on a street corner for ten minutes with a camera and the traffic remains completely indifferent. Cars do not smile, wave, pose or ask whether you have a YouTube channel. They simply keep coming. They have been doing it for a very long time and have no reason to change their behaviour because a Polish traveller has arrived.

Sunday, September 27, 2026

Dobre miejsce zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje wiedzieć, którędy powinien wrócić

W jednym z dziedzińców stoi wysoki maszt, 

a właściwie coś pomiędzy masztem, drzewem, słupem i zwierzęciem, bo jego dolną część oblepia czarne, długie włosie jaka. I patrzę na to włosie, które zwisa ciężkimi pękami, miejscami splecione, miejscami postrzępione przez wiatr i deszcz, i myślę sobie, że człowiek przyjeżdża do Tybetu oczekiwać mistyki, a dostaje przede wszystkim jaka, który daje mleko, mięso, wełnę, skórę, włosy, siłę do pracy, a tutaj jeszcze zostaje przywiązany do świętego masztu i zaczyna pełnić funkcję, której zapewne żaden europejski krowi filozof nie potrafiłby przewidzieć.


A nad tym wszystkim wiszą modlitewne flagi, 

które wiatr nieustannie szarpie, jakby chciał z nich wyciągnąć wszystkie zapisane na nich życzenia i wysłać je gdzieś dalej, ponad mury klasztoru, ponad góry, może nawet do nieba, chociaż podejrzewam, że po kilku stuleciach tybetański wiatr ma już dosyć tej roboty i najchętniej przeszedłby na emeryturę.



Im dłużej chodzę po Tashilhunpo, tym bardziej zauważam drobiazgi. 

Na ścianach pojawiają się stare znaki szczęścia, dekoracje, symbole i ornamenty, których sens przestaje być dla mnie jasny po mniej więcej trzech sekundach patrzenia, ale może właśnie na tym polega cała rzecz.

Człowiek Zachodu chciałby wszystko zrozumieć, nazwać, sklasyfikować, opisać, najlepiej jeszcze zrobić tabelkę, a tutaj wystarczy przejść obok, spojrzeć i pozwolić, żeby ten znak sobie był, skoro przez kilkaset lat nikomu nie przeszkadzało, że nie wiem, co dokładnie oznacza.



Jakowe warkocze


I tak chodzę po tych dziedzińcach, między czerwonymi ścianami, starymi drzwiami, drewnem, kamieniem, włosiem jaka i znakami szczęścia, zaglądam w kolejne zaułki, za którymi znowu pojawia się jakiś korytarz, a za nim następny dziedziniec, i zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie ten klasztor podoba mi się najbardziej. Nie dlatego, że jest największy ani dlatego, że ma najwięcej złota, posągów czy historii do opowiedzenia. Po prostu można się tutaj zgubić.

A ja zawsze uważałem, że dobre miejsce zaczyna się właśnie wtedy, kiedy człowiek przestaje wiedzieć, którędy powinien wrócić.

Tibet. The Roof of the World - episode 1

I arrived in Lhasa with a simple plan: to start travelling.

This was, of course, a mistake.

In Tibet, nothing seems to happen according to plan. You leave the hotel to find a monastery and end up watching a Chinese electric scooter weaving between pilgrims. You look for a quiet street and discover a taxi, three monks, a shop selling religious objects and somebody carrying half a dozen plastic bags across the road.

And this is only Lhasa.

From here, the road goes on.


There will be hundreds of kilometres of asphalt, 

part of Tibet’s enormous 125,000-kilometre road network. There will be high mountain passes, remote villages, sacred lakes and places where the landscape becomes so vast that you begin to suspect that the mountains have been standing there for centuries simply because nobody has told them to move.

Later, there will be Mount Everest.

And Mount Kailash.

But first, Lhasa.





These days, 

the attention span of the average viewer is measured in seconds. A twenty-second clip can probably overload a few remaining brain circuits.

But that is not really the point.

This is my travel diary. A small record of where I went, what I saw and what caught my eye along the way. For the algorithms, it is food. For the bots, another piece of data to chew on. For me, it is something else entirely: a time capsule.

Something I can open years from now. Something my children can watch when I am no longer around to tell them what Tibet looked like in 2026.

The viewers?

They are almost completely irrelevant. Haha.

Saturday, September 26, 2026

Tashilhunpo. Drzwi, za którymi została historia

Tashilhunpo to klasztor, 

który podobał mi się najbardziej. Mógłbym tam nawet zamieszkać, gdyby tylko pogoda bywała trochę lepsza, a klasztor leżał w kraju bez kamer i Komunistycznej Partii Chin. Było słońce, wielkie połacie niebieskiego nieba i, co dla mnie równie ważne, mało ludzi. I chyba właśnie to najbardziej wpłynęło na moją pozytywną ocenę Tashilhunpo.

Można było spokojnie chodzić, zaglądać w różne kąty i nie mieć wrażenia, że człowiek uczestniczy w wycieczce szkolnej liczącej pięćset osób.


A te białe stupy,  

jedne z nielicznych, które przetrwały to, co Chińczycy zniszczyli w całym Tybecie, są dziś już rzadkimi okazami. Patrząc na nie, przypomniały mi się birmańskie pagody w wioskach, w lepszych czasach, kiedy junta  w Birmie nadal rządziła, ale przynajmniej zabijała mniej ludzi. 

Tutaj też człowiek zaczyna doceniać nie tylko to, co widzi, ale przede wszystkim to, co jakimś cudem przetrwało.

Kraj buddyjski, a jednak jakaś zła karma nad nim wisi. Patrząc na Tybet i Birmę, te dwa buddyjskie światy, które powoli znikają pod naporem polityki, przemocy i historii, trudno oprzeć się wrażeniu, że Budda wyjątkowo surowo potraktował swoich wyznawców.


Dobrze, że jeszcze Sri Lanka i Tajlandia trwają. Może Budda zostawił sobie tam jeszcze trochę nadziei?



Do tego te drzwi. 

W Tashilhunpo jest ich mnóstwo i część prowadzi właściwie donikąd, albo przynajmniej nie wiadomo, dokąd prowadzi, bo są zamknięte, stare i wyglądają tak, jakby za nimi musiało znajdować się coś niezwykle ważnego. Do tego dochodzą wąskie uliczki, zaułki, schody i przejścia prowadzące w miejsca, których nie ma na żadnej mapie. Człowiek idzie więc przed siebie i cały czas ma wrażenie, że za następnym rogiem znajdzie coś, czego nie powinien był znaleźć.



I chyba właśnie dlatego tak mi się tutaj podobało. Nie było tu tylko wielkich świątyń i oficjalnych tras dla zwiedzających. Był cały mały świat ukryty za murami, trochę tajemniczy, trochę niedostępny i sprawiający wrażenie, jakby nadal żył własnym życiem.



Tashilhunpo ma prawie sześćset lat

i może właśnie dlatego człowiek przestaje tutaj liczyć czas. Najpierw widzi złote dachy, białe stupy i czerwone mury, potem kolejne dziedzińce, korytarze i drzwi, aż w pewnym momencie zaczyna rozumieć, że nie zwiedza już klasztoru, tylko chodzi po śladach ludzi, którzy przez setki lat przychodzili tutaj z tymi samymi pytaniami, modlitwami i nadziejami, choć oczywiście żaden z nich nie miał pojęcia, że pewnego dnia jakiś facet z Polski będzie fotografował ich drzwi.



Najbardziej lubię jednak właśnie drzwi. 

Nie te wielkie, reprezentacyjne, przez które przechodzą tłumy, lecz te małe, stare, drewniane, z zawiasami pamiętającymi czasy, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o elektryczności, internecie ani o tym, że pewnego dnia klasztor odwiedzać będą ludzie robiący zdjęcia telefonami. Jedne są czerwone, inne brunatne od wieku, jeszcze inne mają kolor drewna, które przez setki lat było dotykane przez ręce mnichów. I wszystkie są zamknięte.



Patrzę na jedne z nich 

i zastanawiam się, co znajduje się po drugiej stronie. Może kaplica, może magazyn, może pomieszczenie, do którego nikt poza mnichami nie zagląda, a może po prostu zwykły pokój, w którym ktoś kiedyś spał, jadł i narzekał na zimno, bo przecież nawet w świętym klasztorze trzeba czasem gdzieś położyć miskę, wysuszyć ubranie i pójść spać. 

Wielkie religie mają swoje doktryny, święte księgi i wielkich nauczycieli, ale ich historia składa się również z takich właśnie drobiazgów: zawiasów, progów, drewnianych belek, wydeptanych kamieni i drzwi zamykanych wieczorem.

Tashilhunpo było przez wieki siedzibą Panczen Lamów, jednym z najważniejszych ośrodków tybetańskiego buddyzmu. Tutaj uczono, modlono się, kopiowano teksty, debatowano i przekazywano wiedzę z pokolenia na pokolenie. 


A potem przyszło XX stulecie, polityka, rewolucja, zniszczenia i odbudowa, i klasztor, który wcześniej żył własnym rytmem, musiał nauczyć się istnieć w zupełnie innym świecie.


I może dlatego te stare drzwi robią na mnie większe wrażenie niż złote stupy. Złoto można odnowić, ścianę można pomalować, dach można pokryć nową blachą, ale drewno pamięta dotyk rąk. Każde zadrapanie jest tutaj jak przypis do historii, której nikt już nie potrafi przeczytać.

A ja stoję przed jednym z tych drzwi, robię zdjęcie i przez chwilę mam wrażenie, że Tashilhunpo nie mówi do mnie nic. I może właśnie o to chodzi. Po sześciuset latach klasztor nie musi już niczego wyjaśniać. Po prostu stoi. A człowiek przychodzi, patrzy, robi zdjęcie i odchodzi. 

Friday, September 25, 2026

Tybet. Po drugiej stronie Kailaszu

Fajnie było na pielgrzymce, ale teraz trzeba wrócić do Lhasy. Kierowca musi robić przerwy co kilka godzin, inaczej grozi mu utrata prawa jazdy. Nie ma żartów. Chińczycy nie żartują, prawda?

Znacie jakieś komedie chińskie?

Najbardziej uderza jednak liczba kamer. Jedziesz przez pustkowie, gdzie przez kilkadziesiąt kilometrów możesz nie spotkać człowieka, a mimo to masz wrażenie, że ktoś patrzy. W Tybecie nawet pustka jest monitorowana.


Droga przez Tybet ma swoje prawa. 

Człowiek może jechać godzinami przez krajobraz, w którym nie ma niczego oprócz kamienia, śniegu i nieba, a potem nagle pojawia się znak ostrzegający przed zmęczeniem kierowcy. 

„Fatigue driving brings endless troubles”, te kilka słów, które brzmią jak fragment instrukcji obsługi życia. Tutaj, na wysokości, gdzie każdy oddech przypomina o swojej cenie, nawet zmęczenie zostało objęte administracją.




Potem miasto. 

Czerwone słupy, czerwone flagi, kamery, skutery, kwiaty w drewnianych skrzyniach i ludzie przechodzący obok siebie, jakby każdy należał do innej historii. Tybetańskie ornamenty spotykają chińską infrastrukturę, stare znaki spotykają nowe urządzenia, a nad wszystkim góra, która od tysięcy lat nie musi nikomu tłumaczyć, po której jest stronie. 

Miasto wygląda spokojnie. I właśnie ta spokojność jest tutaj najbardziej wymowna.



Samochód zatrzymany przy ulicy, a za nim góra. 

Ford, chińskie tablice, sklep z elektroniką, kolorowe szyldy, kwiaty i wielkie, suche zbocze wyrastające nad miastem. Wszystko wydaje się przypadkowe, dopóki nie spojrzeć drugi raz: samochód mówi o współczesności, sklep o gospodarce, znaki o państwie, a góra o czymś, czego żadna z tych rzeczy nie zdołała jeszcze zmienić.


Sklep na tybetańskiej ulicy wygląda jak małe archiwum codziennego życia. 

Na półkach stoją towary, których nazw nie potrafię przeczytać, przed sklepem ludzie prowadzą rozmowę, której również nie rozumiem, a nad nimi wszystkimi widnieje napis w języku, który dla przybysza pozostaje tajemnicą. I może właśnie dlatego ta scena wydaje mi się tak prawdziwa: człowiek wchodzi tutaj jako obcy, patrzy przez chwilę, próbuje odczytać kilka znaków, po czym odkrywa, że w Tybecie nawet zwykły sklep jest dokumentem historii.

An expedition from the snow-capped slopes of Mount Kenya to the shores of the Jade Sea

In 1999, I travelled across northern Kenya on an expedition from the snow-capped slopes of Mount Kenya to the shores of the Jade Sea.

The journey took me through Samburu country, Turkana lands and the remote shores of Lake Turkana, one of the most extraordinary regions of Africa. I met Samburu and Turkana people, travelled through some of the harshest landscapes I had ever seen, and followed the trail towards one of the places often described as the Cradle of Mankind.

More than twenty-five years later, I have returned to the memories of that journey and put one of my original television reports from Kenya online.



This is Kenya as I saw it in 1999, long before smartphones, social media and instant access to almost every corner of the continent.


The report serves as a kind of time capsule, while a book about Kenya spanning two eras from 1992 to 2028 is only now beginning to take shape.



Thursday, September 24, 2026

Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości

Odwrót spod Kailaszu. 

Pielgrzymka skończona, święta góra zostaje za plecami, a ja znowu wsiadam do samochodu i zaczynam drogę powrotną do Lhasy, czyli wracam do świata, w którym człowiek nie musi już codziennie negocjować z własnymi płucami, kolanami i wysokością. 

Przez kilka dni byłem prawdziwym pielgrzymem, chodziłem po kamieniach, wspinałem się na 5600 metrów, oglądałem ludzi palących modlitewne kartki, wnuczki podtrzymujące babcie i facetów z butlami tlenowymi, a teraz siedzę sobie wygodnie i patrzę, jak święty Tybet przesuwa się za szybą.


Krajobraz niewiele się zmienia, bo tutaj wszystko wygląda tak, jakby ktoś przed milionami lat rozpoczął wielkie dzieło budowlane, po czym rzucił narzędzia i powiedział: dobra, dalej już nie robię. 

Góry, pustka, śnieg, kamienie, trochę trawy i ta nieskończona przestrzeń, w której człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy potrafili przez stulecia żyć tutaj bez potrzeby stawiania centrów handlowych co trzy kilometry. No bo, jak? 

Dwie osoby na kilometr kwadratowy razem z armią Chińczyków osiedlających się duzymi falami od ponad 20 lat.

W samym Tybetańskim Regionie Autonomicznym żyje prawie 4 miliony jaków, to więcej niż ludzi.



Aż nagle pojawia się stacja benzynowa. I jest w tym coś wzruszającego, bo po całej tej duchowości, mantrach, świętych jeziorach i górze zamieszkałej przez bogów wracamy do rzeczy naprawdę ważnych: benzyny, oleju i rachunku. Człowiek patrzy na dystrybutory i czuje, że cywilizacja jednak o nim nie zapomniała.




Dalej droga prowadzi przez przełęcze i doliny, a ja zaczynam sobie uświadamiać, że ta podróż działa trochę jak sen. Najpierw Lhasa, potem klasztory, Everest, pustka zachodniego Tybetu, Kailasz, kora, Manasarovar, a teraz znowu droga powrotna. Człowiek widział tyle rzeczy, że mózg zaczyna je układać w jedną wielką historię, tylko nie bardzo wiadomo, gdzie w niej kończy się geografia, gdzie religia, a gdzie zwykłe zmęczenie.

I właśnie wtedy mijamy znak ograniczenia prędkości do pięciu kilometrów na godzinę i pomyślałem sobie, że Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości. Po tylu dniach na Dachu Świata pięć kilometrów na godzinę nie jest już nawet ograniczeniem. 

To jest filozofia życia.

 



Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem. 

Coś z tej góry jedzie razem z nim. Może trochę kamieni w butach, może kilka zdjęć, może zmęczenie nóg, a może po prostu świadomość, że gdzieś daleko na zachodzie Tybetu istnieje miejsce, do którego można dojść pieszo, jeśli człowiek jest wystarczająco uparty i ma wystarczająco mało rozsądku.

Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄

Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.

Monday, September 21, 2026

Początek drugiego dnia

Noc minęła w schronisku, w dwunastoosobowym pokoju, i rano dziękowałem wszystkim bogom, jakich tylko znałem, że stolec i inne sprawy trzymały się dzielnie, więc po przebudzeniu nie musiałem rozpoczynać dnia od poszukiwania tybetańskiego wychodka. 

Nie będę jednak zamieszczał tutaj zdjęcia sracza, jak miałem to w zwyczaju, mieszkając w Tajlandii. Wybaczycie?


Tym razem mam nawet tragarza, bo trasa robi się poważna, a człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że są rzeczy, które lepiej powierzyć komuś młodszemu. Raki trzymam w pogotowiu, bo przede mną podejście na ponad 5500 metrów i jeśli szlak okaże się oblodzony, moje dotychczasowe przekonanie, że jestem całkiem sprawnym podróżnikiem, może zostać wystawione na dość bolesną próbę.

Pada jeszcze śnieg, kiedy po ciemku ruszam w drogę, a ponieważ śniadanie będzie dopiero o dziewiątej, przez pierwsze godziny pielgrzymuję głównie na własnej ambicji i resztkach wczorajszej kolacji. Wreszcie docieram do budynku parterowego o architekturze tak prostej jak moje drewniane klocki do zabawy w dzieciństwie gdy towarzysz Gomułka zawiadował PRL-em. Ten przybytek chce być nazywany restauracją i na tej wysokości człowiek staje się niezwykle tolerancyjny wobec architektury, kuchni i higieny, zwłaszcza kiedy dostaje miskę gorącego makaronu, więc w pełni akceptuje semantykę.

I właśnie wtedy natura postanawia dorzucić coś od siebie: z dachu kapie woda z topniejącego lodu i kolejne krople wpadają prosto do mojej miski z noodlami, więc zamiast narzekać, mieszam wszystko razem i dochodzę do wniosku, że bardziej świeżego składnika na śniadanie już dzisiaj nie dostanę. 😂




A góry stoją sobie spokojnie, niczego ode mnie nie chcą, nie poganiają mnie, nie pytają, czy dam radę, tylko patrzą na ten cały pochód ludzi, którzy z własnej woli przyszli tutaj, żeby przez kilka godzin cierpieć, i być może właśnie dlatego są takie piękne, bo góra nigdy nie obiecuje człowiekowi, że będzie łatwo.

W pewnym momencie przestaję już myśleć o końcu drogi, o kilometrze, o wysokości i o tym, ile jeszcze zostało, bo człowiek na takich wysokościach zaczyna żyć w bardzo krótkiej perspektywie: jeszcze do tamtego kamienia, potem jeszcze do tamtej skały, potem usiądę na minutę, a kiedy już usiądzie, patrzy na tych wszystkich ludzi idących dalej i myśli sobie, że może jednak trzeba było zostać w Darchen i zostać człowiekiem, który opowiada o pielgrzymkach, zamiast człowiekiem, który je odbywa.

I tak właśnie zaczyna się drugi dzień kory: bez wielkich objawień, bez muzyki anielskiej i bez nagłego oświecenia, za to z potem pod kurtką, ciężkim oddechem, coraz wyższymi górami i tą prostą myślą, która po pewnym czasie staje się najważniejszą filozofią całego Kailaszu: idź dalej, bo przecież już tu jesteś.





 

Drugiego dnia zaczynam dostrzegać, jak niektórzy, chyba mocno naćpani wyobraźnią, stworzyli własną „mistykę” Kailaszu i dorobili do góry legendy o polach magnetycznych, statkach kosmicznych i podziemnych miastach ukrytych pod jej zboczami. Sprawdzam więc dyskretnie, czy włosy i paznokcie rzeczywiście rosną mi tutaj dwadzieścia razy szybciej niż na nizinach, a przy okazji rozglądam się za statkami kosmicznymi zaparkowanymi pod lodem. 

W końcu góra jest przecież piramidą, którą miała zbudować cywilizacja panująca na Ziemi jeszcze przed potopem.