Pielgrzymka skończona, święta góra zostaje za plecami, a ja znowu wsiadam do samochodu i zaczynam drogę powrotną do Lhasy, czyli wracam do świata, w którym człowiek nie musi już codziennie negocjować z własnymi płucami, kolanami i wysokością.
Przez kilka dni byłem prawdziwym pielgrzymem, chodziłem po kamieniach, wspinałem się na 5600 metrów, oglądałem ludzi palących modlitewne kartki, wnuczki podtrzymujące babcie i facetów z butlami tlenowymi, a teraz siedzę sobie wygodnie i patrzę, jak święty Tybet przesuwa się za szybą.
Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem.
Krajobraz niewiele się zmienia, bo tutaj wszystko wygląda tak, jakby ktoś przed milionami lat rozpoczął wielkie dzieło budowlane, po czym rzucił narzędzia i powiedział: dobra, dalej już nie robię.
Góry, pustka, śnieg, kamienie, trochę trawy i ta nieskończona przestrzeń, w której człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy potrafili przez stulecia żyć tutaj bez potrzeby stawiania centrów handlowych co trzy kilometry. No bo, jak?
Dwie osoby na kilometr kwadratowy razem z armią Chińczyków osiedlających się duzymi falami od ponad 20 lat.
W samym Tybetańskim Regionie Autonomicznym żyje prawie 4 miliony jaków, to więcej niż ludzi.
Aż nagle pojawia się stacja benzynowa. I jest w tym coś wzruszającego, bo po całej tej duchowości, mantrach, świętych jeziorach i górze zamieszkałej przez bogów wracamy do rzeczy naprawdę ważnych: benzyny, oleju i rachunku. Człowiek patrzy na dystrybutory i czuje, że cywilizacja jednak o nim nie zapomniała.
Dalej droga prowadzi przez przełęcze i doliny, a ja zaczynam sobie uświadamiać, że ta podróż działa trochę jak sen. Najpierw Lhasa, potem klasztory, Everest, pustka zachodniego Tybetu, Kailasz, kora, Manasarovar, a teraz znowu droga powrotna. Człowiek widział tyle rzeczy, że mózg zaczyna je układać w jedną wielką historię, tylko nie bardzo wiadomo, gdzie w niej kończy się geografia, gdzie religia, a gdzie zwykłe zmęczenie.
I właśnie wtedy mijamy znak ograniczenia prędkości do pięciu kilometrów na godzinę i pomyślałem sobie, że Tybet jednak potrafi człowieka nauczyć cierpliwości. Po tylu dniach na Dachu Świata pięć kilometrów na godzinę nie jest już nawet ograniczeniem.
To jest filozofia życia.
Jeszcze długo będziemy jechać do Lhasy. Kailasz zostaje za nami, ale mam wrażenie, że człowiek nie wraca z takich miejsc całkiem.
Coś z tej góry jedzie razem z nim. Może trochę kamieni w butach, może kilka zdjęć, może zmęczenie nóg, a może po prostu świadomość, że gdzieś daleko na zachodzie Tybetu istnieje miejsce, do którego można dojść pieszo, jeśli człowiek jest wystarczająco uparty i ma wystarczająco mało rozsądku.




No comments:
Post a Comment