Przez ostatnie dni Everest był raczej odległym punktem na mapie niż rzeczywistym miejscem. Teraz wystarczy kilka chwil, żeby zrozumieć, dlaczego przez ponad sto lat przyciągał tu ludzi gotowych podporządkować swoje życie jednej górze.
Kilkaset metrów dalej znajduje się klasztor Rongbuk znany mi wcześniej z filmów pierwszych brytyjskich ekspedycji lat 20-tych XX wieku. Teraz znam go z autopsji.
Mój przewodnik czuwał od 5 rano i oglądał chmury na niebie długo przez wzejściem słońca, a to się wydarzyło o 7 rano.
Dalej droga prowadzi już w świat, w którym skala człowieka zaczyna tracić znaczenie. Z każdym kilometrem jest mniej śladów cywilizacji, a coraz więcej lodu, skał i wody spływającej z lodowców. To właśnie tędy dociera się do północnej strony Everestu, w kierunku Rongbuk i bazy na wysokości około 5200 metrów.
Godzina 8 rano.
Godzina 22.
Na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów komfort przestaje być oczywistością. Człowiek przyjeżdża tutaj przede wszystkim po to, żeby być blisko Everestu, a nie po to, żeby dobrze zjeść, wyspać się czy wziąć prysznic. Współczesna baza jest jednak znacznie bardziej przygotowana na turystów niż jeszcze kilka lat temu, są namioty noclegowe, ogrzewanie i dostęp do tlenu.
Kilkaset metrów dalej znajduje się klasztor Rongbuk znany mi wcześniej z filmów pierwszych brytyjskich ekspedycji lat 20-tych XX wieku. Teraz znam go z autopsji.
To miejsce, w którym religia i góry spotykają się w wyjątkowy sposób. Klasztor powstał na początku XX wieku i leży na wysokości ponad 5100 metrów, tuż pod północną ścianą Everestu. Trudno znaleźć wiele miejsc na świecie, gdzie życie klasztorne toczy się tak blisko jednej z najbardziej ekstremalnych przestrzeni naszej planety.





No comments:
Post a Comment