Monday, October 12, 2026

Bistro Bafing w Bamako

Bistro Bafing w Bamako, miejsce z niebieskimi drzwiami, kolorowymi obrusami i takim klimatem, że człowiek od razu przestaje się spieszyć, nawet jeśli całe życie udaje, że ma coś pilnego do załatwienia. 


Spotkałem tam Igę Cichoń i Pawła Ruta, a potem na stole wylądowała ryba z tilapii, więc przez chwilę poczułem się jak w Tajlandii, tylko palmy rosły gdzie indziej, a kelnerzy mówili po francusku. I pomyślałem sobie, że właśnie za to lubię podróże: człowiek jedzie na drugi koniec świata, a tu proszę, ryba, ryż i szczęście, które nie potrzebuje tłumaczenia.





 Ryż z tilapią jak w Chiang Mai

Podróżnicy wszystkich krajów, łączcie się przy stole z kolorowym obrusem albo ceratą, bo nieważne, czy człowiek przyjechał z Warszawy, Bamako czy Bangkoku, kiedy już usiądzie, oprze łokcie i dostanie talerz ryżu z rybą, natychmiast staje się obywatelem świata. 

A jeśli do tego krzesło się chwieje, wentylator mieli gorące powietrze, a kelner przynosi coś, czego nazwy nie potrafimy powtórzyć, to znaczy, że jesteśmy we właściwym miejscu, bo prawdziwa podróż zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje pytać, czy ma sztućce, i zaczyna jeść.

Węże wybierały sobie dach

Nasz dom w Nasa miał osobliwą właściwość przyciągania zwierząt, jakby ktoś wywiesił na dachu niewidzialny szyld z napisem „wolne pokoje”. Nie trzeba było długo czekać, aż pojawiał się kolejny lokator, choć żaden nie płacił czynszu ani nie pytał o warunki umowy. 

Węże wybierały sobie dach, nietoperze przelatywały nad głową, a skorpiony spacerowały po deskach z miną urzędnika, który przyszedł skontrolować nasze życie. Człowiek nigdy nie wiedział, czy wieczorem będzie miał gości, czy tylko coś obcego będzie mu się przyglądać z ciemnego kąta. W Europie ludzie kupują alarmy, zamki i kamery, żeby czuć się bezpiecznie, a w Nasa wystarczało czasem spojrzeć w górę.


 

Z czasem przestałem się dziwić, że dom żyje własnym życiem, choć nie przypuszczałem, że aż tak niezależnym. My urządzaliśmy sobie codzienność, a przyroda najwyraźniej uznała, że jesteśmy interesującym dodatkiem do jej krajobrazu. 

Nie miało znaczenia, czy akurat piłem kawę, czy próbowałem zasnąć, życie toczyło się obok, nad głową i pod nogami. W końcu zrozumiałem, że w Nasa nie wynajmowaliśmy domu przyrodzie, lecz przyroda tolerowała nas w swoim domu. A skoro nie wystawiała rachunków, nie wypadało narzekać na towarzystwo.

Obietnica tysiąca lat Mali i je parle bien bamanan

Następnego dnia ruszyliśmy do Muzeum Narodowego, gdzie przed wejściem siedziało dwóch panów, spokojnych jak ludzie, którzy wiedzą już wszystko o historii i nie mają zamiaru nikomu tego tłumaczyć. 


Nad nimi wisiała obietnica tysiąca lat Mali, arcydzieła sztuki rytualnej i miejscowe tkaniny, a ja pomyślałem, że tysiąc lat to jednak kawał czasu i gdyby człowiek miał tyle czekać na autobus, zdążyłby przynajmniej przeczytać kilka książek. W środku trafiłem na glinianą makietę miasta, które wyglądało jak połączenie pałacu, twierdzy i wielkiego ula, w którym ktoś zamknął całe imperium, a potem zapomniał zostawić instrukcję obsługi.


W Bamako nawet drogowskazy mają za sobą długie życie, a ten najwyraźniej niejedno już widział i niejedno słyszał. 

W lewo Centre Ville, w prawo Marché, czyli centrum albo targowisko, jakby całe życie można było sprowadzić do tych dwóch kierunków.




MUZEUM 


Oglądamy glinianą makietę miasta, w którym mury wyglądają tak, jakby budowniczowie postanowili połączyć pałac, twierdzę i wielki ul dla ludzi. Wszystko z ziemi, z małymi oknami i sterczącymi belkami, a jednak ktoś musiał to kiedyś wymyślić, zbudować i potem naprawiać, kiedy deszcz przypominał, że nawet najwspanialsza architektura ma swoje słabe strony.



W sklepiku muzealnym można się zgubić między maskami, koralikami, drewnianymi figurkami i kolorowymi tkaninami, a wszystko to pod czujnym okiem klimatyzatora, który najwyraźniej też należy do miejscowego dziedzictwa. Człowiek przyjeżdża oglądać historię wielkich imperiów, a wychodzi z myślą, że jeszcze przydałaby mu się jedna torba na pamiątki.





Na żółtej ścianie ktoś urządził całą Afrykę z drewna, bo drewno to podstawa, a ja przez minione dekady tyle nawiązałem „hebanów”, że gdybym chciał je wszystkie ustawić na półce, musiałbym wynająć osobne muzeum. 

Dziś jestem już człowiekiem odmaterializowanym, który przejawia wyłącznie potrzeby duchowe, toteż oglądałem te wszystkie drewniane cuda z godnością buddyjskiego mnicha, choć gdzieś na dnie duszy odezwał się jeszcze stary kolekcjoner i zapytał, czy aby na pewno nie zmieściłaby się w bagażu jakaś niewielka figurka.