W Beledougou Bambara walczą z wypaleniem, chociaż na pierwszy rzut oka trudno byłoby ich o to podejrzewać. Wystarczy spojrzeć na tych jegomościów, którzy wyszli na klepisko w maskach, słomianych pelerynach, z muszlami kauri przyklejonymi do twarzy i piórami sterczącymi z głów niczym anteny odbierające sygnały z innego świata.
Można sobie wyobrazić, że gdyby bojownicy dotarli do Beledougou i zaczęli urządzać tam nowy porządek, nie pytaliby nikogo o zgodę na kontynuowanie tańców. Maski mogłyby wylądować w ogniu, słoma na ziemi, a tancerze musieliby znaleźć sobie jakieś bardziej stosowne zajęcie.
Przypomniała mi się wtedy Uległość Michela Houellebecqa. W jego powieści Francja nie zostaje zdobyta przez obcych najeźdźców. Zmiana przychodzi przez urny wyborcze, polityczne układy i ludzi, którzy dochodzą do wniosku, że nowemu porządkowi można się całkiem wygodnie podporządkować. Profesorowie zmieniają uczelnie, elity zmieniają poglądy, a główny bohater zaczyna rozważać konwersję, bo może dzięki temu odzyskać posadę, pieniądze i przyjemniejsze życie. Nikt nie musi go specjalnie przekonywać. Wystarczy, że pokaże mu korzyści.
W Mali scenariusz jest znacznie mniej literacki, bo dżihadyści nie przychodzą z propozycją lepszego etatu na Sorbonie.
Tam, gdzie zdobywają kontrolę, potrafią narzucać mieszkańcom własne reguły i ograniczać praktyki uznawane przez nich za niedopuszczalne. W obu przypadkach pojawia się jednak pytanie, co zostaje z dawnego świata, kiedy człowiek przestaje mieć możliwość życia po swojemu. W Paryżu profesor może jeszcze przeliczyć korzyści z konwersji. W Beledougou tancerz w masce może nie mieć nawet takiego luksusu.
Patrzyłem na dzieciaki siedzące na motocyklu i zastanawiałem się, w jakim właściwie świecie przyjdzie im dorastać.
Pytania można mnożyć. Może emigranci z Nigerii zajmą za jakiś czas połowę Afryki Zachodniej, otwierając warsztaty, sklepy i firmy, a może Pakistańczycy ruszą na kontynent w takiej liczbie, że w każdej większej miejscowości powstanie stragan z warzywami i owocami, podobny do tych, które od dawna prowadzą w Londynie.
Może dzieci z Beledougou będą kiedyś pracować dla chińskich firm technologicznych, a może ich wnuki będą sprzedawać w internecie maski swoich dziadków kolekcjonerom z Europy. Nie wiadomo. Przyszłość ma to do siebie, że rzadko pyta nas o zdanie.
Jedno jest pewne: XX wiek to był przy tym wszystkim pikuś. Dwie wojny światowe, zimna wojna, dekolonizacja, rozpad imperiów i kilka rewolucji wygląda dziś jak rozgrzewka przed tym, co szykuje nam obecne stulecie. Zmiany technologiczne, migracje, konflikty, nowe religie, nowe potęgi i sztuczna inteligencja, która może wkrótce wiedzieć więcej o mieszkańcach Beledougou niż oni sami o sobie. A dzieciaki siedzą na motocyklu, patrzą w obiektyw i jeszcze nie mają pojęcia, że świat już szykuje im zupełnie nowy scenariusz.
Nie będę jednak psuł im dzieciństwa przepowiedniami. Na razie można nalać sobie zimnego drinka, włożyć do niego słomkę i usiąść wygodnie.
Popcorn też się przyda. Bo zapowiada się widowisko, przy którym cały XX wiek wygląda jak niewinna próba generalna.



No comments:
Post a Comment