Monday, November 9, 2026

Ślady francuskiego imperium

Jest dobrze w Bamako. 

Mają tu nawet własną Biedronkę, czyli Coccinelle, z czerwonym owadem nad wejściem, choć wystylizowanym nieco inaczej niż nasz polski pierwowzór. W środku francuskie artykuły spożywcze, więc można sobie przypomnieć, że Mali było kiedyś częścią francuskiego imperium, a niektóre przyzwyczajenia przetrwały dłużej niż niejeden pomnik.


Na ulicy konkurencję robią supermarketowi sprzedawcy owoców.




Arbuzy piętrzą się w stosach, pomarańcze wyglądają, jakby właśnie odbyły sesję fotograficzną, ananasy cierpliwie czekają na amatora słodkiego życia, a banany nie zaprzątają sobie głowy geopolityką. 

Do wyboru, do koloru. Można kupować, targować się i jeść, nie martwiąc się specjalnie o jutrzejsze dostawy. Głód nam nie grozi. W Bamako, jak widać, nawet jeśli świat się wali, to przynajmniej można zjeść porządny kawałek arbuza.




Gdybym tylko wiedział wcześniej o istnieniu Coccinelle, zdążyłbym zainstalować aplikację w telefonie, założyć konto lojalnościowe i zacząć zbierać punkty. 

Może nawet trafiłbym na promocję: dziesięć kilo cukru w cenie pięciu. Człowiek jedzie do Afryki, żeby poznawać odległe kultury, a potem żałuje, że nie aktywował kuponu na cukier. Taka jest siła nowoczesnej cywilizacji.




Gość prowadzi właśnie zwiad akustyczny. 

Stuka w arbuza, przykłada ucho, nasłuchuje. Nie ma żartów, owoc musi przejść kontrolę jakości. W Bamako nawet arbuz nie może liczyć na to, że zostanie kupiony na ładne oczy. Czy aby na pewno dojrzały? A może tylko dobrze udaje?

No comments:

Post a Comment