Jest dobrze w Bamako.
Mają tu nawet własną Biedronkę, czyli Coccinelle, z czerwonym owadem nad wejściem, choć wystylizowanym nieco inaczej niż nasz polski pierwowzór. W środku francuskie artykuły spożywcze, więc można sobie przypomnieć, że Mali było kiedyś częścią francuskiego imperium, a niektóre przyzwyczajenia przetrwały dłużej niż niejeden pomnik.
Na ulicy konkurencję robią supermarketowi sprzedawcy owoców.
Arbuzy piętrzą się w stosach, pomarańcze wyglądają, jakby właśnie odbyły sesję fotograficzną, ananasy cierpliwie czekają na amatora słodkiego życia, a banany nie zaprzątają sobie głowy geopolityką.
Do wyboru, do koloru. Można kupować, targować się i jeść, nie martwiąc się specjalnie o jutrzejsze dostawy. Głód nam nie grozi. W Bamako, jak widać, nawet jeśli świat się wali, to przynajmniej można zjeść porządny kawałek arbuza.
Gość prowadzi właśnie zwiad akustyczny.




No comments:
Post a Comment