Tuesday, February 7, 2012

Mae Charim jest tuż tuż.


Po niedzielnym obiadku postanowiłem zrobić „joyride” na motorze.

Nie byłoby nic w tym szczególnego, gdy nie fakt, że był to mój pierwszy przejazd na motocyklu od czasu wypadku na Lombok, którego nie wspominam najlepiej.


Moja wioska jest położona tylko 20 km od słynnego parku Mae Charim, gdzie jak głoszą pogłoski ciągle mieszkają futrzaste osobniki zwane tajskimi yeti. Główną atrakcją parku są spływy raftingowe w porze deszczowej oraz podglądanie dzikiej przyrody na zbocza łańcucha górskiego ciągnącego się do Luang Prabang w Laosie.



Przejechałem kilka kilometrów drogą wzdłuż rzeki Nam Wa. Na właściwy treking górski czekam do przyszłego miesiąca, kiedy pojawi się u mnie silna grupa prosto z Polski.

Taki równy asfalt to trzecio-rzędowa droga w Tajlandii prowadząca na kompletne zadupie, czyli do Mea Charim.



Młode drzewa teakowe rosnące między szosą, a rzeką Nam Wa.

Monday, February 6, 2012

Obiad wieśniaka.


W sobotę bujałem się w fotelu czytając „ Shantaram”.

W niedzielę dałem sobie w kość. Po porannej kawie poszedłem uzdatniać ziemię pod przyszły ogródek. Wybrałem sobie kawałek ziemi między mangowcami i uzbrojony w motykę usuwałem stare korzenie i zielsko aż do pojawienia się pierwszych pęcherzy na dłoniach. ( czas na rękawiczki )


Moje prawe ramie usztywnione na temblaku do grudnia, nie jest jeszcze sprawne i praca fizyczna jest błogosławieństwem dla mięśni.

Jednak liany owijające większość drzew były jeszcze poza moim zasięgiem. Wspinaczkę między konarami z elektryczną piłą zostawiam sobie na później.



Było już południe kiedy zgłodniałem porządnie.



Na obiad zjadłem ryż kleisty uwielbiany przez tajskich wieśniaków tzw. sticky rice. Do tego krewtki z jajkiem i papryką oraz kawałek ryby w pikantnym sosie.

Na deser słodziutki tamaryndy. Wyjątkowo smaczne, tylko z lekka nutą kwaskowatości. ( będę sadził nowe drzewa w maju )


Wszystko popiłem wodą i poszedłem do domu babci Chandi wziąć prysznic.

Thursday, February 2, 2012

Kanchanaburi Tajlandia

Do Kanchanaburi przyjechałem pierwszy raz po 6 latach pobytu w Tajlandii. Trochę upłynęło czasu, ale nie przepadam za „turystycznymi” miejscami. Kanchanaburi zaskoczyło mnie na plus. Okazało się, że to miasteczko nie żyje tylko martyrologią.


W Kanchanaburi jadłem jeden z najlepszych steaków, mieszkałem w fajnym guesthousie za przystępną cenę, buszowałem po targu biżuterii i byłem w pobliskim muzeum z biżuterią odkrytą w neolitycznych grobowcach. Odwiedziłem chińską świątynię, a Yin zrobiła „ciuchowe” zakupy.



Oczywiście zaliczyłem kolej, most i cmentarz oraz miasto Khmerów Mueang Sing.

P.S.
Mateusz - A stamtąd do przełęczy „Trzech Pogód” jest rzut kamieniem.