Saturday, October 31, 2026

Bambara Breakdance

W Beledougou Bambara najwyraźniej postanowili pokazać, że Afryka nie musi nikogo naśladować, żeby mieć własny breakdance. Czterech zamaskowanych jegomościów, odzianych w słomę, szmaty i całą tę tajemniczą garderobę, której nie znajdziecie w żadnym paryskim butiku, ruszyło na klepisku do tańca.


Publiczność dopisała. Wstęp był darmowy.


W Polsce, kiedy komuś słoma wychodzi z butów, to obciach. W Mali to zupełnie inna historia.
Turaj w Beledougou słoma może być oznaką statusu, a przynajmniej elementem stroju, z którym nie ma żartów. Żadna tam słomianka przy meblościance, żadna dekoracja z Cepelii. Prawdziwa słoma, od stóp do głów, noszona z dumą i w rytmie, którego nie powstydziłby się niejeden parkiet. Jak widać, wszystko zależy od szerokości geograficznej. 
W Polsce słoma zdradza pochodzenie, w Mali potrafi nadać człowiekowi rangę. 😄




Dzieci patrzyły, dorośli też, a ja pomyślałem, że gdyby ktoś przywiózł tu jurorów z telewizyjnego konkursu tanecznego, mogliby mieć poważny kłopot z oceną. 



 

Friday, October 30, 2026

Picasso chciał tajemnicy

Kiedy ogląda się afrykańskie maski, człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego taki Picasso zachorował na sztukę afrykańską i nigdy już się z tej choroby nie wyleczył.

Nie interesowało go kolekcjonowanie kawałków drewna, które miały za sobą autentyczne ceremonie, rytuały i niejedną noc, kiedy przy świetle ogniska działy się rzeczy, o jakich Europejczykom nawet się nie śniło. Picasso chciał tajemnicy, a czy maska była świadkiem inicjacji, tańca czy pogrzebu, było mu, mówiąc po naszemu, wsio rawno. Tak samo jak turystom, których dzisiaj w Bamako nie ma, choć drewniane twarze wiszą na ścianach i cierpliwie czekają na kogoś, kto zabierze je do salonu w Paryżu albo do mieszkania w Berlinie.


Maska musiała mieć egzotyczny kształt, nos jak dziób dziwnego ptaka, oczy, które patrzyły na człowieka tak, jakby wiedziały o nim coś, czego on sam jeszcze nie zdążył się dowiedzieć. 

Miała przemawiać do wyobraźni, a Picasso, który wyobraźnię miał jak stąd do Timbuktu, przetworzył to wszystko po swojemu i dołożył kilka pięter do gmachu europejskiej sztuki. Nie wiem tylko, czy kiedykolwiek przyszło mu do głowy, żeby wypłacić tantiemy tym wszystkim bezimiennym artystom, od których pożyczał pomysły. W tamtych czasach o prawach autorskich do inspiracji nikt specjalnie nie rozprawiał. Europejczyk brał maskę, Afrykanin dostawał za nią kilka franków, a później europejskie muzea, galerie i kolekcjonerzy odkrywali, że oto narodziła się nowoczesność. 




Miałem kiedyś książkę Aliny Trojan o sztuce afrykańskiej, wydaną w PRL-u w 1973 roku. 

Jak na tamte pogomółkowskie czasy było to przedsięwzięcie niemal kosmiczne. Człowiek, który marzył o Afryce, musiał się najpierw zadowolić książką, bo wyjazd do Rumunii uchodził za ekstrawagancję, a co dopiero mówić o Bamako, gdzie można było obejrzeć maski, których nikt jeszcze nie zdążył opisać po polsku. Ta książka była dla mnie czymś więcej niż albumem. Była uchylonymi drzwiami do świata, który istniał gdzieś daleko, poza granicami wyobraźni pilnowanej przez paszport, dewizy i urzędnika z odpowiednią pieczątką.




Moja przyjaciółka, pani redaktor Marzena, kiedy już pożyczyła ode mnie tę książkę, żartowała, że nigdy mi jej nie odda. I, prawdę mówiąc, rozumiałem ją doskonale. Niektóre książki mają w sobie coś z masek: człowiek bierze je do ręki, zagląda za ich drewnianą twarz i nagle znajduje się w innym świecie. A potem trudno mu je oddać, bo razem z książką musiałby oddać również kawałek własnej wyobraźni.




Dzisiaj stoję w Bamako przed ścianą pełną masek. 

Turystów nie ma, ale towar jest, tajemnica jest, a drewno wciąż potrafi przemówić do człowieka, który niekoniecznie przyjechał tu po pamiątkę. I cieszę się, że ten świat nadal istnieje. Nie dlatego, że można go kupić, sfotografować i zabrać ze sobą, ale dlatego, że mimo Picassa, muzeów, sklepów z pamiątkami i całej naszej europejskiej zachłanności wciąż pozostaje w nim coś, czego nie da się zapakować do walizki. Coś, co być może właśnie dlatego tak bardzo nas pociąga.




 

Thursday, October 29, 2026

Atelier de bijouterie - Maître Bijoutier Barou Sow, Souck n° 49, Bamako

W Bamako trafiłem do warsztatu mistrza Barou Sowa, który pod szyldem „Maître Bijoutier” wyrabia biżuterię, jakby od tego zależało powodzenie całej zachodnioafrykańskiej gospodarki. 

Nad wejściem wymalowano ozdobne litery, w witrynach błyszczały naszyjniki i bransolety, a sam mistrz siedział przy swoim warsztacie, gdzie metal grzał się nad węglem, bo przecież złoto złotem, ale ktoś je musi najpierw porządnie przetopić.


Przyglądałem się chłopakom przy robocie i muszę powiedzieć, że całkiem niezłe rękodzieło im wychodziło. Wiadomo, Mali nie śpi na kamieniach, choć do Botswany, gdzie złoto i diamenty potrafią postawić człowieka na nogi, ma jeszcze kawałek drogi, ale tutejsi jubilerzy mogliby spokojnie rzucić rękawicę Aszantom z Ghany, którzy od wieków znają się na złocie jak mało kto.


 Zostawiam na zdjęciu numer telefonu i jakby co, to nie obowiązuje RODO...

Gdyby ktoś chciał coś zamówić, niech śmiało napisze do mistrza Sowa przez komunikator. Kierunkowy do Mali to +223, więc można próbować szczęścia nawet z drugiego końca świata.



Wednesday, October 28, 2026

Miałem pisać o targu medycznym w Bamako, a tu wpadł prezydent Paul Biya pracujący zdalnie

Targ medyczny w Bamako powie ci więcej o Afryce niż niejeden podręcznik akademicki.

Leczymy się tu na wszystkie możliwe dolegliwości. Zamiast do lekarza na NFZ udajemy się po diagnozę i receptę do szamana. Następnie z receptą wracamy do apteki, czyli na targ. Kupujemy szczątki ciała ssaka, płaza lub gada przepisane przez znachora. Wracamy z towarem do afrykańskiego lekarza, a ten przyrządza odpowiednią miksturę, ścierając ząb, czaszkę lub inną zasuszoną tkankę na proszek.

Ważne jest również dawkowanie. Trzeba go przestrzegać.

Mam podejrzenie, że prezydent Kamerunu uprowadził dobrego znachora - być może właśnie z Bamako. Trzyma go u siebie w hotelu w Szwajcarii, a sam przylatuje do Duali, czy inne Jaunde po odpowiednie czaszki, które następnie przemyca do Genewy w bagażu dyplomatycznym.

I zaraz przejdę do głównej części tej doskonałej opowiastki...


Targ tradycyjnej medycyny w Bamako. Szczątki zwierząt wykorzystywane w praktykach leczniczych i rytualnych





Prezydent Kamerunu ma 93 lata i rządzi krajem od 1982 roku. 

Dla większości jego obywateli jest jedynym prezydentem, jakiego pamiętają z własnego życia. W tym czasie zmieniały się mody, ustroje, granice możliwości ludzkiego organizmu i sposoby komunikowania się ze światem. Biya trwał. Jak mebel w gabinecie, którego nikt nie odważy się wynieść, bo nie wiadomo, czy pod spodem nie ma jakiegoś ważnego dokumentu.


W czerwcu 2026 roku wyjechał do Europy na, jak informowano oficjalnie, krótki prywatny pobyt. Krótki okazał się na tyle, że minęły ponad dwa miesiące. Dopiero 20 sierpnia jego samolot wylądował w Jaunde. Prezydent wrócił po 74 dniach nieobecności, a wraz z nim wróciło pytanie, które w normalnym państwie powinno być zupełnie niepotrzebne: kto właściwie rządził, kiedy go nie było?




 

Wyobraźmy sobie urzędnika, który przez czterdzieści lat nie opuszcza stanowiska, a potem zaczyna opuszczać kraj. Najpierw na tydzień, potem na miesiąc, potem na dwa. W końcu wraca, macha ręką przez szybę samochodu, a ludzie czekają, czy powie coś ważnego. Nie mówi. Wszyscy wracają do swoich zajęć, bo przecież państwo musi funkcjonować.

To groteska, ale nie taka, przy której można bezkarnie śmiać się do końca. Kamerun ma prawie 30 milionów mieszkańców, konflikty zbrojne, problemy gospodarcze i młode społeczeństwo, w którym większość ludzi urodziła się już po objęciu władzy przez Biyę. Dla nich prezydent nie jest politykiem, którego pamiętają z kampanii wyborczej sprzed kilku lat. Jest elementem krajobrazu. Jak pałac prezydencki, rondo w centrum miasta albo pomnik, którego nikt nie pamięta bez niego.

Władza, która trwa tak długo, potrafi wytworzyć osobliwy rodzaj bezruchu. Nie musi już nikogo przekonywać, że jest skuteczna. Nie musi tłumaczyć się z opóźnień. Nie musi nawet wyjaśniać, dlaczego nie podejmuje decyzji. Sam fakt, że istnieje, staje się wystarczającym uzasadnieniem dla dalszego istnienia.

Najciekawsze jest to, że nieobecność prezydenta nie musi oznaczać nieobecności całego aparatu władzy. Administracja działa, urzędnicy podpisują dokumenty, ludzie pilnują swoich stanowisk, a rozmaite frakcje czekają na odpowiedni moment. W państwie zbudowanym wokół jednego człowieka nawet jego milczenie może być narzędziem politycznym. Dopóki nie ma decyzji, nikt nie wie, kto będzie następny. Dopóki nikt nie wie, kto będzie następny, każdy musi zachowywać ostrożność. A dopóki wszyscy zachowują ostrożność, stary porządek może trwać.

W ten sposób prezydent może nie robić nic, a mimo to pozostawać najważniejszym człowiekiem w kraju.

Jest w tym pewna lekcja dla wszystkich, którzy sądzą, że państwo zawsze musi mieć wyraźnego kierownika, regularnie pokazującego się przed kamerami i podpisującego kolejne dokumenty. Czasami system działa właśnie dlatego, że nikt nie wie, jak go zatrzymać. Nie jest to jednak to samo co sprawne rządzenie. To raczej sytuacja, w której cały mechanizm nauczył się funkcjonować wokół pustego miejsca.

Paul Biya wrócił do Kamerunu. Samolot wylądował, samochód przejechał przez stolicę, prezydent pomachał ręką. Wszystko odbyło się zgodnie z protokołem.



Paul Biya jest najbardziej znanym szwajcarskim politykiem. Problem w tym, że nadal rządzi Kamerunem


P.S. 

Dla wszystkich, którzy piją rano wodę z cytryną, szukają balansu między pracą, wypoczynkiem i rodziną, a wieczorem czytają poradniki o długowieczności.

Spójrzcie na Paula Biyę. 44 lata na stanowisku, własne tempo pracy, długie pobyty w Szwajcarii, a do tego możliwość zarządzania państwem na odległość. Żadnego porannego joggingu, żadnego coachingu, żadnego wyznaczania sobie pięciu celów na każdy kwartał.

Jeśli zaś chodzi o zdrowie, Bamako oferuje medycynę spersonalizowaną. Zamiast suplementów diety - odpowiednio dobrana czaszka, ząb albo inny fragment zwierzęcej anatomii. Receptę wystawia znachor, apteka znajduje się na targu, a o dawkowanie trzeba zadbać samemu.

Może właśnie na tym polega prawdziwy work-life balance: znaleźć sobie dobrego znachora, zamieszkać w Szwajcarii i nie pozwolić, żeby obowiązki zawodowe przeszkadzały w życiu prywatnym.

Pamiętajcie tylko, że każdy organizm jest inny. A jeśli zdecydujecie się na karierę prezydencką w Kamerunie, warto wcześniej sprawdzić, czy stanowisko jest jeszcze wolne.

Tuesday, October 27, 2026

Afrykańskie ciastko, tablice rejestracyjne i piwa

Miałem nadal przeżywać Bamako, ale zgrywałem właśnie zdjęcia z Tanzanii, więc pozwolę sobie na małą dygresję.


Kiedy znudziło mi się Chiang Mai, poleciałem do Londynu. 

Stamtąd robiłem wypady do znajomych i tak trafiłem między innymi do Tanzanii. U Franka było jak za czasów studenckich, czyli ostro. 

Nawet wyprawa motocyklami w busz nie przebiegała całkiem normalnie. Zamiast kanapek mieliśmy ciasteczka z ziołami. Człowiek robił przerwę, zdejmował kask i między tankowaniem a wizytą w toalecie konsumował ciasteczko. Taki piknik motocyklowy, tyle że z nieco innym menu.




Od zawsze chciałem zbierać samochodowe tablice rejestracyjne z Afryki. Na pomyśle się jednak skończyło, bo w końcu co miałbym z nimi zrobić? Powiesić na ścianie, zagracić dom, a potem przekazywać spadkobiercom kolekcję blach, z którymi nie wiedzieliby, co począć? 

Chyba nadawałyby się tylko na prezenty. Jestem po kursie odmaterializowania i staram się posiadać jak najmniej, w przeciwieństwie do wspomnień, których nie zamierzam się pozbywać. Potrzeba fotografowania tablic jednak pozostała.




Dlatego w Bamako nie jadłem ciasteczek na stacji benzynowej, ale kiedy Duduś tankował samochód, ja zrobiłem przegląd piw stojących w lodówce. Każdy ma swoje hobby. Jeden zbiera blachy, drugi kolekcjonuje wspomnienia, a trzeci tankuje samochód i nawet nie wie, że właśnie został bohaterem wpisu na blogu.


Castel Beer wyglądał najbardziej swojsko, złoty, koronowany, z afrykańskim kontynentem w logo i deklaracją, że to piwo blond, 5,2 procent. Taki król lodówki, który nie musi przedstawiać swoich papierów, bo wszyscy wiedzą, że w Afryce Zachodniej marka Castel jest od dawna zadomowiona. 

Obok stała Bavaria Holland, pięć procent, niebieska jak holenderski poranek, z napisem „Imported”. Człowiek patrzył na nią i od razu wyobrażał sobie statek, kontenery, port, ciężarówkę, odprawę celną, a na końcu sklep w Bamako, gdzie ktoś po prostu otwiera lodówkę i sięga po zimną puszkę.




Była też Afri Leo, z napisem „Made in Europe”, jakby chciała uprzedzić pytania. Nazwa afrykańska, europejski adres produkcji. Lew na etykiecie może być afrykański, ale piwo najwyraźniej woli europejskie warunki. 

I jeszcze N’Dama Lager, na puszce informacja o warzeniu w Togo. Afrykańskie piwo z sąsiedniego kraju, które nie musi udawać, że przyjechało z Amsterdamu czy Antwerpii.




I tak stałem przed lodówką, oglądając puszki, a w głowie układała mi się mapa świata. Mali, Holandia, Europa, Togo -------> wszystko spotykało się na jednej metalowej półce. Dawniej do takiego spotkania potrzeba było kupców, karawan, portów i tygodni podróży. Dziś wystarczy agregat chłodniczy, kilka kartonów i ktoś, kto pilnuje, żeby drzwi lodówki dobrze się domykały.

Sunday, October 25, 2026

Friedrich Murnau i włodarze Bamako - jedni i drudzy stracili głowy

Jechałem pociągiem do Warszawy i czytałem książkę Christiana Krachtsa „Umarli”. Zainteresowała mnie przywołana tam postać Friedricha Murnaua, reżysera, który w złotym okresie niemieckiego kina nakręcił „Nosferatu”. W 1941 roku zginął w wypadku samochodowym w Kalifornii, nie doczekawszy premiery swojego najnowszego filmu, kręconego na Tahiti.

Nie wiem, kiedy i w jaki sposób sprowadzono jego zwłoki do Berlina. Wiem natomiast, że jacyś wyznawcy horroru ukradli mu czaszkę z grobu. Murnau podejmował więc złe decyzje nie tylko za życia, ale nawet po śmierci.

Gdyby urodził się w Bamako, kariery filmowej zapewne by nie zrobił, a już na pewno żaden miłośnik horroru nie połakomiłby się na jego czaszkę. Miałby święty spokój. Jak na ironię, człowiek, który stworzył jednego z najsłynniejszych wampirów w historii kina, sam nie zaznał spokoju nawet we własnym grobie.


Tworząc fabułę „PISMA” i zagłębiając się w średniowiecze, natrafiam na tyle luk w historii, że można tam śmiało wrzucić najbardziej szaloną hipotezę, a potem, mając w ręku jakiś artefakt, nagiąć do niej fakty na niewyobrażalną skalę. I właśnie to postaram się udowodnić.

Ale zostawmy średniowiecze i przenieśmy się do Bamako. Nie wiem, kiedy Mali otrząśnie się z oparów tego absurdu i przestanie nadawać ulicom francuskie nazwy. Dlaczego plac albo pomnik upamiętniający niepodległość nie miałby nazywać się po prostu UHURU < wolność w języku suahili > albo nosić nazwy w jednym z własnych języków Mali?

Zamiast tego dawna kolonia nadal nazywa swoje ulice po francusku, a pomniki buduje na wzór tych, które stawiali jej dawni okupanci. Nie wystarczy wyrzucić kolonizatora za drzwi, jeśli zostawiło się go we własnej głowie. Wtedy człowiek sam siebie kolonizuje, a na dodatek robi to z rozmachem i za własne pieniądze.



Całe szczęście, że ta wieżyczka ma w sobie coś z rodzimej architektury banco. Afrykę czekają w tym stuleciu wielkie przetasowania polityczne. Za pięćdziesiąt lat kontynent może być nie do poznania. Pytanie tylko, w którą stronę pójdzie.

Pierwszy scenariusz to Afryka w stylu „Mad Maxa”: państwa rozpadające się pod ciężarem korupcji, walk o władzę i surowce, miasta pożerane przez chaos, a za murami strzeżonych enklaw garstka uprzywilejowanych, która pilnuje swoich studni, generatorów i ostatnich zapasów wody. Kontynent, na którym przyszłość przypominałaby ruinę, zanim jeszcze zdążyłaby powstać.

Drugi scenariusz jest znacznie ciekawszy: Afryka przestaje naśladować cudze wzory, odzyskuje własną wyobraźnię i buduje nowoczesność na swoich warunkach. Tworzy miasta wyrastające z lokalnych tradycji, architekturę czerpiącą z klimatu i dawnych technik, własne centra nauki, technologii i kultury. Nie kopiuje Paryża, Londynu ani Szanghaju, lecz tworzy coś, czego nikt wcześniej nie widział....choć to kopiowanie Paryża wisi w powietrzu przy spełnieniu obu scenariuszy. 


Paryż to w pewnym sensie Afryka.





Zrobiłem zdjęcie tablicy z napisem Boulevard de l’Indépendance, a pod spodem datą 22 septembre 1960, i pomyślałem, że Francuzi musieli mieć kiedyś niezły kłopot z tymi wszystkimi datami, bo człowiek ledwie zdążył zapamiętać jedną kolonię, a już następna ogłaszała niepodległość, zdejmowała flagę, wciągała nową, przemalowywała urząd i zmieniała nazwy ulic, jakby od tego miało się zmienić wszystko, łącznie z ceną benzyny i charakterem człowieka, który od trzydziestu lat sprzedawał na rogu te same orzeszki.

Friday, October 23, 2026

Top 10 osób, które były w Bamako, ale nie jeździły tramwajami ani metrem

Bamako z lotu ptaka i Bamako z poziomu ulicy to właściwie dwa różne miasta. Z góry wszystko wygląda jak wielka metropolia, która rozlała się po horyzont i postanowiła nie kończyć się nigdy. 

Człowiek patrzy, patrzy i już sobie wyobraża, że oto Afryka dogoniła wszystkie swoje marzenia, a potem schodzi na dół i proszę bardzo: palmy, piramidalne budowle, kurz i kolorowe minibusy, które czekają na pasażerów, jakby za chwilę miały ruszyć na podbój świata.


A ja patrzę na ten cały rozgardiasz i myślę, że miasto jest całkiem udane, tylko czegoś mu brakuje. Tramwajów! 


Tak, proszę państwa, tramwajów. Mogą być stare, skrzypiące, z oknami, przez które wiatr wywiewa człowiekowi resztki godności, byle jeździły po szynach i dzwoniły na zakrętach. Bo jak już człowiek zbudował metropolię po horyzont, to wypadałoby jeszcze czymś po niej jeździć. Bez tramwajów Bamako pozostaje miastem, które wygląda na wielkie, ale nie dopracowało jednego z najważniejszych szczegółów cywilizacji.




 

Wyobraźcie sobie, że jesteście w Bamako, mieście nad Nigrem, gdzie palmy rosną, samochody trąbią, a kolorowe minibusy wożą ludzi w tę i z powrotem, jakby cała Afryka miała się za chwilę przesiąść na następny kurs. I teraz pomyślcie, ilu sławnych ludzi przewinęło się przez tę stolicę, zanim jeszcze ktokolwiek wpadł na pomysł, że może warto byłoby położyć tu szyny. 

De Gaulle, Chirac, Macron, Nasser, Nkrumah, Tito, Merkel - historia przechodziła przez Bamako w garniturach, mundurach i limuzynach, ale tramwaju nie doczekał się nikt.

Był też Brian Eno, który przyjechał z muzyką w głowie, a Ry Cooder szukał dźwięków, których nie da się kupić w sklepie z pamiątkami. Madonna? Ronaldo? Czemu nie, niech ta opowieść ma rozmach, jakiego nie powstydziłby się żaden hollywoodzki producent. 

A Ridley Scott rozważał Bamako jako plan dla „Obcego”, bo urzekły go zakurzone krajobrazy, przy których nawet kosmiczna bestia poczułaby się jak u siebie. Podobno Sigourney Weaver miała powiedzieć: „Albo ja, albo Bamako”, więc reżyser musiał szukać szczęścia gdzie indziej. Prawda czy legenda? W takiej opowieści nawet plotka ma prawo przejść przez miasto, byle nie udawała dokumentu.

I na koniec Jürgen Klopp, który krążył po ulicach w poszukiwaniu młodych talentów dla Borussii Dortmund. Zatrzymywał minibusy i sprawdzał kiwki pasażerów.  

Potem tylko jazda do najbliższego stadionu, i test na afrykańskiej murawie. 

Tylko tramwaju wciąż nie ma. I dlatego nie ma również kanarów, bo nie ma kasowników. Proste, nie ?


Thursday, October 22, 2026

Najfajniejszy generał

Prezydent Indonezji Prabowo Subianto to ścisłe TOP 3 wśród polityków sprawujących obecnie władzę w Azji Południowo-Wschodniej. 

Na pewno bije na głowę Ferdinanda Marcosa Juniora, choć nie wzrostem oraz Anutina, który stał się dyżurnym chłopcem do bicia.

Pozostali przywódcy, z generałem Min Aung Hlaingiem na czele, nie generują tylu memów ani nie potrafią równie skutecznie niepokoić zagranicznych inwestorów.

Po dwóch latach rządów Prabowo odjechał reszcie stawki o co najmniej dwie długości łodzi. Jak na olimpijskim torze regat kajakarskich.


Niech żyje Republika ! 17 sierpnia 



Ktoś powie: ale Prabowo ma krew na rękach. W dawnych czasach przeciwnicy polityczni republiki Indonezji ginęli jak mrówki faraona po wysypaniu proszku na owady. Prabowo miał zakaz wjazdu do USA. Jest zięciem Suharto. Umoczony po uszy w gównach republiki.

Inni powiedzą, że gdyby miał posturę generała de Gaulle’a, ścieki sięgałyby mu zaledwie do pasa.


Jechałem autobusem przez Dżakartę zaledwie kilka dni po ubiegłorocznych zamieszkach, kiedy czołgi na dobre zaparkowały w sercu stolicy. Ludzie byli wściekli na rosnące koszty życia. Kiedy parlamentarzyści podnieśli sobie uposażenia o kolejne miliony rupii, coś w wielu mieszkańcach Dżakarty pękło. Poczuli potrzebę pokazania władzy środkowego palca.


W tym roku powodów do buntu jest jeszcze więcej. Aż strach pomyśleć, jak Prabowo będzie obchodził trzecią rocznicę swoich rządów. Czy znów urządzi defiladę stali i armat w centrum Dżakarty, żeby przypomnieć obywatelom, kto tu rządzi? Bo tortu z trzema świeczkami raczej nie wystarczy, jeśli nastroje społeczne nadal będą się pogarszać.


Wednesday, October 21, 2026

Zanim wejdziemy na wieżę w Bamako

Zanim człowiek wdrapie się na wieżę i zacznie udawać, że ogląda Afrykę z lotu ptaka, musi najpierw przeżyć to, co dzieje się na dole. 


A tam, proszę państwa, kolorowy minibus wygląda jakby go pomalował pijany artysta po trzech dniach świętowania, motocykle przeciskają się między samochodami, kurz osiada na wszystkim, a ludzie idą przez ten cały bałagan z minami, jakby właśnie wyszli z piekarni po świeże bułki. 

I wtedy pojawia się nasz przewodnik w pasiastym ubraniu, gestykuluje, tłumaczy, pokazuje, a ja patrzę na niego i myślę, że gdyby dostał jeszcze mikrofon, mógłby prowadzić własną telewizję.



Prowadzi nas do wieży, ale zanim tam dotrzemy, Bamako zdąży opowiedzieć nam kilka historii, których nie ma w żadnym folderze. 

Bo ja nie wiem, jak to jest z innymi ludźmi, ale kiedy jadę do obcego kraju, najbardziej interesuje mnie właśnie ten cały rozgardiasz: człowiek, który coś niesie, drugi, który coś sprzedaje, trzeci, który trąbi, choć nikt nie wie po co, i czwarty, który stoi pośrodku tego wszystkiego z taką godnością, jakby był ministrem od spraw wszechświata. A wieża? Wieża może poczekać. Przecież nie po to przyjechałem do Bamako, żeby tylko patrzeć z góry na ludzi, skoro na dole dzieje się całe życie.





Duduś nawija i bardzo mu do twarzy w stym bawełnianym kubraku w naturalne pasy z indygo.

Saturday, October 17, 2026

Taniec Malinke dla importowanych leszczy

Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją. 

Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.


Na szczęście można jeszcze uciec. 

Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.






 

Thursday, October 15, 2026

Czy sawanna nie jest piękna? Łuk Kamandjan

W drodze do wioski Duduś prowadzi mnie przez granie, skąd widać całą dolinę Nigru, i człowiek od razu rozumie, dlaczego ludzie od wieków lubili mieszkać wysoko, gdzie wiatr suszy pot, a wróg musi się nieźle napocić, zanim zapuka do drzwi. 


W średniowieczu stało tu kilka wiosek, bo skały dawały bezpieczeństwo i można się było bronić przed intruzami, a że w dawnym Mali ludzie również mieli swoje ambicje, urazy, wodzów z wielkim ego i sąsiadów, których najchętniej widzieliby na kolanach, to nawalanka trwała w najlepsze.



I pomyśleć, że nie potrzeba było żadnych przybyszów z dalekich stron, żeby człowiek człowiekowi urządzał piekło, bo do dominowania, łupienia i wykorzystywania bliźniego nasz gatunek miał talent od samego początku, jeszcze zanim nauczył się pisać podania o zgodę na budowę płotu.




A Niger płynął sobie w dole i patrzył na to wszystko z obojętnością starego kelnera, który widział już tyle awantur przy stolikach, że nawet nie podnosi brwi.



Duduś opowiadał o herosach potężnych jak u Homera, którzy potrafili rozdupczyć całe skały z własnej inicjatywy, bez pozwolenia na budowę i, co najważniejsze, bez jednej laski dynamitu. Patrzyłem na ten kamienny łuk pod Siby i zastanawiałem się, gdzie się podziali ci wszyscy mocarze. Może wymarli, może przeszli na emeryturę, a może do dziś siedzą zamelinowani w którejś z pobliskich jaskiń i czekają, aż ktoś ich wreszcie poprosi o rozbiórkę kolejnej góry. Bo gdyby taki heros wrócił do roboty, niejeden deweloper mógłby wreszcie odetchnąć z ulgą.


Wednesday, October 14, 2026

Precz z plastikiem, niech żyje legenda

Ponad godzinę jazdy od Bamako wylądowałem na takim zadupiu, że zachodnioafrykańska sawanna ciągnęła się po horyzont, a tu nagle stoi kosz z napisem „Soyons plus propre, stop plastique”, czyli bądźmy czyściejsi, precz z plastikiem. 

Człowiek od razu nabiera ochoty, żeby zapytać, gdzie tu jest drugi kosz, na papier, szkło i resztki po obiedzie, ale szybko przypomina sobie, że na prowincji sam wybór miejsca, w którym można wyrzucić śmieci, bywa już luksusem.





Duduś opowiadał nam legendy przy skalnej ścianie, gestykulując tak zawzięcie, jakby od jego rąk zależało, czy historia zakończy się w jedenastym, czy trzynastym wieku, co zresztą nie miało dla niego większego znaczenia, bo kiedy człowiek ma taką gadkę, dwa stulecia w tę czy we w tę nie robią różnicy. 

Słuchałem go z podziwem, bo Duduś potrafił mówić bez końca, a ja po tylu latach podróżowania wiem, że dobry przewodnik to taki, który nawet kiedy sam już nie wie, czy było to jedenaście, czy trzynaście, sprawia, że człowiek najchętniej zostałby z nim do wieczora.




Po wysłuchaniu Dudusia ruszyliśmy dalej z buta, za skały, bo w Afryce nawet legendy nie zwalniają człowieka z chodzenia, a samochód nie zawsze może podjechać tam, gdzie wyobraźnia przewodnika już dawno dotarła. 

Patrzyłem pod nogi, żeby nie zostać bohaterem kolejnej miejscowej opowieści, tym razem o białym człowieku, który potknął się o kamień i przez trzy stulecia nie mógł ustalić, czy był to wiek jedenasty, czy trzynasty.



Po tych wszystkich skałach, legendach i kamieniach doczekałem się wreszcie nagrody: klimatyzowanego transportu do łóżka i łazienki, czyli dwóch największych luksusów, jakie człowiek potrafi docenić po całym dniu na afrykańskim zadupiu. 

W Bamako może i mieliśmy wygodne życie, ale na sawannie człowiek szybko odkrywa, że prawdziwy luksus nie zaczyna się od złotych kranów, tylko od tego, że nie musi już szukać toalety za najbliższą skałą.

Lhasa on Two Wheels - Tibet Episode 10

There are cities where a man goes out for a walk and sees monuments, churches or perhaps a fellow human being feeding pigeons. In Lhasa, he sees scooters. Hundreds of them, perhaps thousands, although I did not count them because I had neither the time nor the necessary qualifications in scooter arithmetic.


They come in all shapes and sizes. Some look like humble electric bicycles that have been promoted beyond their abilities. Others resemble spacecraft designed by an engineer who had too much tea and not enough supervision. There are scooters for the modest citizen, scooters for the ambitious citizen and scooters that seem to have been purchased by people who intend to conquer the world but have decided to begin with the nearest intersection.

They buzz past me, carrying shopping bags, passengers and occasionally loads that would make a European furniture removal company reconsider its business model. The riders seem perfectly comfortable, even when the machine beneath them looks as if it might collapse under the weight of a particularly determined mosquito.


Monday, October 12, 2026

Bistro Bafing w Bamako

Bistro Bafing w Bamako, miejsce z niebieskimi drzwiami, kolorowymi obrusami i takim klimatem, że człowiek od razu przestaje się spieszyć, nawet jeśli całe życie udaje, że ma coś pilnego do załatwienia. 


Spotkałem tam Igę Cichoń i Pawła Ruta, a potem na stole wylądowała ryba z tilapii, więc przez chwilę poczułem się jak w Tajlandii, tylko palmy rosły gdzie indziej, a kelnerzy mówili po francusku. I pomyślałem sobie, że właśnie za to lubię podróże: człowiek jedzie na drugi koniec świata, a tu proszę, ryba, ryż i szczęście, które nie potrzebuje tłumaczenia.





 Ryż z tilapią jak w Chiang Mai

Podróżnicy wszystkich krajów, łączcie się przy stole z kolorowym obrusem albo ceratą, bo nieważne, czy człowiek przyjechał z Warszawy, Bamako czy Bangkoku, kiedy już usiądzie, oprze łokcie i dostanie talerz ryżu z rybą, natychmiast staje się obywatelem świata. 

A jeśli do tego krzesło się chwieje, wentylator mieli gorące powietrze, a kelner przynosi coś, czego nazwy nie potrafimy powtórzyć, to znaczy, że jesteśmy we właściwym miejscu, bo prawdziwa podróż zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje pytać, czy ma sztućce, i zaczyna jeść.

Węże wybierały sobie dach

Nasz dom w Nasa miał osobliwą właściwość przyciągania zwierząt, jakby ktoś wywiesił na dachu niewidzialny szyld z napisem „wolne pokoje”. Nie trzeba było długo czekać, aż pojawiał się kolejny lokator, choć żaden nie płacił czynszu ani nie pytał o warunki umowy. 

Węże wybierały sobie dach, nietoperze przelatywały nad głową, a skorpiony spacerowały po deskach z miną urzędnika, który przyszedł skontrolować nasze życie. Człowiek nigdy nie wiedział, czy wieczorem będzie miał gości, czy tylko coś obcego będzie mu się przyglądać z ciemnego kąta. W Europie ludzie kupują alarmy, zamki i kamery, żeby czuć się bezpiecznie, a w Nasa wystarczało czasem spojrzeć w górę.


 

Z czasem przestałem się dziwić, że dom żyje własnym życiem, choć nie przypuszczałem, że aż tak niezależnym. My urządzaliśmy sobie codzienność, a przyroda najwyraźniej uznała, że jesteśmy interesującym dodatkiem do jej krajobrazu. 

Nie miało znaczenia, czy akurat piłem kawę, czy próbowałem zasnąć, życie toczyło się obok, nad głową i pod nogami. W końcu zrozumiałem, że w Nasa nie wynajmowaliśmy domu przyrodzie, lecz przyroda tolerowała nas w swoim domu. A skoro nie wystawiała rachunków, nie wypadało narzekać na towarzystwo.

Obietnica tysiąca lat Mali i je parle bien bamanan

Następnego dnia ruszyliśmy do Muzeum Narodowego, gdzie przed wejściem siedziało dwóch panów, spokojnych jak ludzie, którzy wiedzą już wszystko o historii i nie mają zamiaru nikomu tego tłumaczyć. 


Nad nimi wisiała obietnica tysiąca lat Mali, arcydzieła sztuki rytualnej i miejscowe tkaniny, a ja pomyślałem, że tysiąc lat to jednak kawał czasu i gdyby człowiek miał tyle czekać na autobus, zdążyłby przynajmniej przeczytać kilka książek. W środku trafiłem na glinianą makietę miasta, które wyglądało jak połączenie pałacu, twierdzy i wielkiego ula, w którym ktoś zamknął całe imperium, a potem zapomniał zostawić instrukcję obsługi.


W Bamako nawet drogowskazy mają za sobą długie życie, a ten najwyraźniej niejedno już widział i niejedno słyszał. 

W lewo Centre Ville, w prawo Marché, czyli centrum albo targowisko, jakby całe życie można było sprowadzić do tych dwóch kierunków.




MUZEUM 


Oglądamy glinianą makietę miasta, w którym mury wyglądają tak, jakby budowniczowie postanowili połączyć pałac, twierdzę i wielki ul dla ludzi. Wszystko z ziemi, z małymi oknami i sterczącymi belkami, a jednak ktoś musiał to kiedyś wymyślić, zbudować i potem naprawiać, kiedy deszcz przypominał, że nawet najwspanialsza architektura ma swoje słabe strony.



W sklepiku muzealnym można się zgubić między maskami, koralikami, drewnianymi figurkami i kolorowymi tkaninami, a wszystko to pod czujnym okiem klimatyzatora, który najwyraźniej też należy do miejscowego dziedzictwa. Człowiek przyjeżdża oglądać historię wielkich imperiów, a wychodzi z myślą, że jeszcze przydałaby mu się jedna torba na pamiątki.





Na żółtej ścianie ktoś urządził całą Afrykę z drewna, bo drewno to podstawa, a ja przez minione dekady tyle nawiązałem „hebanów”, że gdybym chciał je wszystkie ustawić na półce, musiałbym wynająć osobne muzeum. 

Dziś jestem już człowiekiem odmaterializowanym, który przejawia wyłącznie potrzeby duchowe, toteż oglądałem te wszystkie drewniane cuda z godnością buddyjskiego mnicha, choć gdzieś na dnie duszy odezwał się jeszcze stary kolekcjoner i zapytał, czy aby na pewno nie zmieściłaby się w bagażu jakaś niewielka figurka.