Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.

No comments:

Post a Comment