Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.
Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.
Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.
Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄
I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.
Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄


No comments:
Post a Comment