W Bamako jest wielkie zapotrzebowanie na łodzie, a szkutników jak na lekarstwo.
Kto by pomyślał, że miasto wciśnięte gdzieś na skraju Sahary, setki kilometrów od Atlantyku, potrzebuje aż tylu łodzi? A samo drewno? To też nie jest taka prosta sprawa. W tutejszym klimacie dominują krzaki, a nie baobaby czy drzewa, z których można by wystrugać porządną łódź.
I tak człowiek patrzy na te drewniane kadłuby, na deski, które ktoś mozolnie dopasowuje do siebie, i zaczyna się zastanawiać, skąd właściwie bierze się w tym mieście tyle łodzi.
Wracając ze spotkania w Wrzeniu Świata, przeczytałem powieść Fuminoriego Nakamury Kieszonkowiec.
A gdyby tak przenieść jej akcję do Bamako? Tylko skąd wziąć groźnych członków jakuzy, którzy knują misterne intrygi i zdejmują z listy żywych kolejnych parlamentarzystów? No i co właściwie miałby kraść taki kieszonkowiec w Bamako? Tysiąc jenów, czyli franków CFA? Złote karty kredytowe? Wolnego!
No właśnie, z czego mógłby żyć kieszonkowiec w Bamako?
Musiałby się naprawdę napracować, żeby „zarobić” choćby na café au lait, bagietkę i jajecznicę.




No comments:
Post a Comment