Wednesday, September 23, 2026

Jezioro Manasarovar. Niedopaczenie. Żadnej smażalni ryb.

Manasarovar. 
Jedno z czterech świętych jezior Tybetu, sześć razy większe od naszego Śniardwy, rozlane gdzieś pod Kailaszem tak szeroko, że człowiek patrzy na drugi brzeg i zaczyna rozumieć, dlaczego Tybetańczycy uznali je za miejsce święte; tutaj nawet zwykłe jezioro ma rozmiary odpowiednie dla bogów.


Ale najbardziej podoba mi się to, że nad brzegiem spotykam ludzi, którzy próbują się kąpać. Woda ma jakieś trzy stopnie, wiatr wieje jakby miał osobiste pretensje do każdego, kto zbliży się do brzegu, a mimo to jeden po drugim rozbierają się i wchodzą do tej lodówki, bo przecież skoro jezioro jest święte, to człowiek nie będzie się przejmował taką drobnostką jak temperatura.

Patrzę na nich i zastanawiam się, gdzie właściwie kończy się wiara, a zaczyna brak rozsądku, ale po chwili dochodzę do wniosku, że na wysokości prawie 4600 metrów jest to chyba pytanie bez większego znaczenia. Człowiek może tu mieć święte jezioro, świętą górę, świętą pielgrzymkę i zupełnie nieświęte pomysły dotyczące własnego zdrowia.


Tylko jednego tutaj kompletnie nie rozumiem. Przy tak wielkim i świętym jeziorze nie ma ani jednej porządnej piaszczystej plaży, ani budki ze świeżą rybką i ryżem, ani nawet człowieka wołającego, że ma najlepsze filety w całym Manasarovarze. Żadnego baru, żadnej smażalni, żadnego plastikowego krzesła pod parasolem. Niedopaczenie.

Bo przecież aż się prosi: człowiek wychodzi z lodowatej kąpieli, dostaje miskę ryżu, świeżą rybkę, coś gorącego do picia i może spokojnie kontemplować Kailasz. A tutaj nic. Tylko świętość, wiatr, kamienie i trzy stopnie wody. Tybet naprawdę ma jeszcze sporo do nadrobienia. 😄



I dopiero tutaj dociera do mnie kolejny problem: w Europie właściwie nie mamy świętych jezior. Mamy jeziora piękne, głębokie, czasem bardzo zimne, mamy plaże, pomosty, smażalnie, budki z rybą i frytkami, ale żeby jezioro było święte, człowiek miał się w nim rytualnie oczyścić, a nad brzegiem nie było ani jednej budki z ryżem i świeżą rybą. Tego jakoś nie potrafiliśmy sobie zorganizować.

Manasarovar jest więc pod tym względem kompletnym przeciwieństwem Europy: cztery i pół tysiąca metrów wysokości, trzy stopnie wody, żadnej smażalni i pełna świętość. Kurde blade, gdzie myśmy popełnili błąd? 😄

Tuesday, September 22, 2026

Na wysokości 5600 metrów zostałem prawdziwym pielgrzymem

Ludzie palą kartki papieru, jakby chcieli szybciej wysłać swoje modlitwy gdzieś wysoko, wnuczki podtrzymują babcie, babcie podtrzymują się lasek, a ja rozglądam się i zauważam, że konie gdzieś zniknęły, to znaczy najwyraźniej dowiozły tutaj tych bardziej wygodnych, którzy uznali, że święta góra jest święta, ale własne nogi jeszcze świętsze.


Zamiast koni pojawiają się więc małe butle z tlenem, trzymane jak ostatnia deska ratunku, i człowiek zaczyna się zastanawiać, czy pielgrzymka do Boga powinna wyglądać właśnie tak, że jedną ręką niesiesz modlitwę, drugą butlę z tlenem, a wnuczka ciągnie babcię pod górę.



Chińczyków jakby niewielu, za to coraz więcej ludzi z różnych stron Azji i świata, każdy z własnym bagażem, własną modlitwą i własnym sposobem na przeżycie tych kilku godzin. 

I wtedy pomyślałem, że Kailasz jest chyba jednym z niewielu miejsc na świecie, gdzie człowiek może spotkać jednocześnie pielgrzyma, turystę, mistyka, babcię z wnuczką, faceta na koniu i gościa z butlą tlenową, i wszyscy mają dokładnie ten sam cel: dostać się jeszcze kawałek wyżej.



Na górze jeszcze chwilę rozmawiam ze swoim przewodnikiem i za moment znowu się rozdzielimy, każdy pójdzie w swoją stronę, co samo w sobie jest dość zabawne, bo po całym tym chińskim systemie kontroli, pozwoleniach, kamerach i sprawdzaniu dokumentów nagle okazuje się, że na wysokości 5600 metrów można sobie powiedzieć „to do zobaczenia” i ruszyć samotnie dalej, jakby Komunistyczna Partia Chin uznała, że skoro człowiek już wlazł tak wysoko, to niech sobie przez kilka godzin połazi po świętej górze według własnego uznania.



Chętnie zostałbym jeszcze trochę, posiedział, popatrzył na ten cały cyrk pod niebem, ale rozsądek przypomina mi, że przede mną jeszcze długie zejście, a pogoda zaczyna robić się niepewna. 

Na 5600 metrach nie warto negocjować z chmurami, bo chmury, w przeciwieństwie do przewodnika, nie mają obowiązku czekać na spóźnionego pielgrzyma.



I tak to zostałem prawdziwym pielgrzymem. Nie wiem, czy doznałem jakiegoś oświecenia, czy po prostu wlazłem na 5600 metrów, ale jedno wiem na pewno, że bardzo mi się podobało towarzystwo tych wszystkich bogobojnych ludzi, ich wiara, upór i sposób, w jaki każdy z nich na swój sposób próbuje dojść gdzieś wyżej. 

I chętnie „walnąłbym” sobie jeszcze jedną taką pielgrzymkę, gdzieś tam na świecie, wśród kolejnych bogobojnych ludzi, znowu z plecakiem na plecach i przekonaniem, że tym razem już na pewno wiem, po co właściwie idę.

Monday, September 21, 2026

Początek drugiego dnia

Noc minęła w schronisku, w dwunastoosobowym pokoju, i rano dziękowałem wszystkim bogom, jakich tylko znałem, że stolec i inne sprawy trzymały się dzielnie, więc po przebudzeniu nie musiałem rozpoczynać dnia od poszukiwania tybetańskiego wychodka. 

Nie będę jednak zamieszczał tutaj zdjęcia sracza, jak miałem to w zwyczaju, mieszkając w Tajlandii. Wybaczycie?


Tym razem mam nawet tragarza, bo trasa robi się poważna, a człowiek w pewnym wieku zaczyna rozumieć, że są rzeczy, które lepiej powierzyć komuś młodszemu. Raki trzymam w pogotowiu, bo przede mną podejście na ponad 5500 metrów i jeśli szlak okaże się oblodzony, moje dotychczasowe przekonanie, że jestem całkiem sprawnym podróżnikiem, może zostać wystawione na dość bolesną próbę.

Pada jeszcze śnieg, kiedy po ciemku ruszam w drogę, a ponieważ śniadanie będzie dopiero o dziewiątej, przez pierwsze godziny pielgrzymuję głównie na własnej ambicji i resztkach wczorajszej kolacji. Wreszcie docieram do budynku parterowego o architekturze tak prostej jak moje drewniane klocki do zabawy w dzieciństwie gdy towarzysz Gomułka zawiadował PRL-em. Ten przybytek chce być nazywany restauracją i na tej wysokości człowiek staje się niezwykle tolerancyjny wobec architektury, kuchni i higieny, zwłaszcza kiedy dostaje miskę gorącego makaronu, więc w pełni akceptuje semantykę.

I właśnie wtedy natura postanawia dorzucić coś od siebie: z dachu kapie woda z topniejącego lodu i kolejne krople wpadają prosto do mojej miski z noodlami, więc zamiast narzekać, mieszam wszystko razem i dochodzę do wniosku, że bardziej świeżego składnika na śniadanie już dzisiaj nie dostanę. 😂




A góry stoją sobie spokojnie, niczego ode mnie nie chcą, nie poganiają mnie, nie pytają, czy dam radę, tylko patrzą na ten cały pochód ludzi, którzy z własnej woli przyszli tutaj, żeby przez kilka godzin cierpieć, i być może właśnie dlatego są takie piękne, bo góra nigdy nie obiecuje człowiekowi, że będzie łatwo.

W pewnym momencie przestaję już myśleć o końcu drogi, o kilometrze, o wysokości i o tym, ile jeszcze zostało, bo człowiek na takich wysokościach zaczyna żyć w bardzo krótkiej perspektywie: jeszcze do tamtego kamienia, potem jeszcze do tamtej skały, potem usiądę na minutę, a kiedy już usiądzie, patrzy na tych wszystkich ludzi idących dalej i myśli sobie, że może jednak trzeba było zostać w Darchen i zostać człowiekiem, który opowiada o pielgrzymkach, zamiast człowiekiem, który je odbywa.

I tak właśnie zaczyna się drugi dzień kory: bez wielkich objawień, bez muzyki anielskiej i bez nagłego oświecenia, za to z potem pod kurtką, ciężkim oddechem, coraz wyższymi górami i tą prostą myślą, która po pewnym czasie staje się najważniejszą filozofią całego Kailaszu: idź dalej, bo przecież już tu jesteś.





 

Drugiego dnia zaczynam dostrzegać, jak niektórzy, chyba mocno naćpani wyobraźnią, stworzyli własną „mistykę” Kailaszu i dorobili do góry legendy o polach magnetycznych, statkach kosmicznych i podziemnych miastach ukrytych pod jej zboczami. Sprawdzam więc dyskretnie, czy włosy i paznokcie rzeczywiście rosną mi tutaj dwadzieścia razy szybciej niż na nizinach, a przy okazji rozglądam się za statkami kosmicznymi zaparkowanymi pod lodem. 

W końcu góra jest przecież piramidą, którą miała zbudować cywilizacja panująca na Ziemi jeszcze przed potopem.

Sunday, September 20, 2026

Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był

Pierwszy dzień pielgrzymki powoli się kończy i chociaż człowiek obiecywał sobie rano, że będzie szedł dostojnie, kontemplował góry i rozmyślał nad sensem istnienia, to po kilku godzinach myśli sprowadzają się do rzeczy znacznie bardziej przyziemnych: gdzie jest nocleg, czy będzie herbata i czy da się jeszcze gdzieś usiąść.


Jestem stary, więc nowe nazwy średnio trzymają mi się głowy. Nie inaczej jest z Tybetem. Aby zapamietać nazwy kilku klasztorów potrzebowałem kilku miesięcy, już po podróży. Dobrze, że nie poleciałem w sierpniu na Madagaskar, bo sprawa podróży Tybetańskiej byłaby już rozwodniona i byłoby po ptakach. A tak wałkuje ten Tybet od maja i zaczynam oswajać się w końcu z nową terminologią geograficzną. 



Pogoda zrobiła się tak piękna, że nawet Kailasz łaskawie wystawił kawałek swojej głowy zza chmur, a ja spotykam Williama z Johor Bahru, który prowadzi przez tę całą krainę swoją wielką grupę Malezyjczyków i maszeruje w krótkich spodenkach, jakby właśnie wyszedł na plażę w Penangu, podczas gdy termometr pokazuje jakieś dwanaście stopni, więc zaczynam podejrzewać, że dla Malezyjczyka prawdziwym zimnem jest dopiero temperatura, przy której Europejczyk zaczyna się zastanawiać nad sensem własnego życia.


Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był, a potem znowu ruszam między flagami modlitewnymi, których są już takie ilości, że gdyby wszystkie modlitwy zapisane na tych kawałkach materiału rzeczywiście miały gdzieś dolecieć, to wiatr musiałby mieć własny urząd pocztowy i chyba pracować na trzy zmiany.


Wreszcie trafiam do kuchni, gdzie filozofia pielgrzymowania kończy się przy wielkim garze, z którego każdy dostaje to, co akurat wpadnie do miski, i jest w tym coś bardzo uczciwego, bo na wysokości pięciu tysięcy metrów człowiek przestaje być Europejczykiem, Azjatą, pielgrzymem czy turystą i staje się po prostu kimś, kto patrzy na garnek i myśli: dajcie mi cokolwiek, byle dużo.



 A kiedy po kolacji wychodzę jeszcze na chwilę na zewnątrz, przypominam sobie, że rano wyruszałem na świętą górę, a wieczorem jestem już tylko zmęczonym facetem, który chciałby mieć łóżko, coś ciepłego w żołądku i święty spokój, i właśnie wtedy dochodzę do wniosku, że być może na tym polega prawdziwa pielgrzymka, człowiek idzie przez cały dzień do Boga, żeby wieczorem marzyć wyłącznie o łóżku. 😄





Bo być może cała sztuka podróżowania polega na tym, żeby pojechać na koniec świata, a potem przez dwie godziny opowiadać o tym ludziom w Opolu, którzy siedzą na krzesłach i mają normalne powietrze.

Pielgrzymka nie polega na dojściu do celu, tylko na tym, że cały czas trzeba iść.

Po płaskim terenie można spokojnie "zasuwać" z mniejszym plecakiem na grzbiecie. Na trasie nie ma już jaków i gdy nie załatwi się w porę tragarzy w Darchen, trzeba swój sprzęt i zapasowe gacie nosić na tej znacznej wysokości powyżej 5000 metrów nad poziomem mórz i oceanów.


Człowiek idzie pod Kailaszem i po pewnym czasie przestaje już wiedzieć, czy to on idzie, czy może góra powoli przesuwa się razem z nim, bo przecież tutaj wszystko jest względne, nawet odległość, oddech i czas, a jedyną rzeczą, która się nie spieszy, jest wiatr.




Dolina prowadząca w stronę legendarnej góry Kailasz jest widowiskowa

Ja bym zmienił to zdanie w duchu obecnego dżenderyzmu i poprawił je:

" Dolin prowadzący w stronę Kailasz jest widowiskowy " , bo ta -owa zupełnie nie pasuje do podpisu. Prawdziwa, charakterna wyprawa, a tu jakaś końcówka owa w podpisanym zdjęciu.

Strumień płynie sobie jak gdyby nigdy nic, ludzie brodzą obok niego z kijami, plecakami i minami pielgrzymów, którzy wiedzą coś, czego ja jeszcze nie wiem, i nagle przychodzi mi do głowy, że być może cała wielka duchowość świata zaczyna się właśnie od tego, żeby rano wstać i po prostu ruszyć przed siebie.




Na tej wysokości człowiek odkrywa, że jego wielkie cywilizacyjne osiągnięcia mają niewielką wartość, bo samochód został daleko, telefon milczy, serce bije jak oszalałe, a najważniejszym przedmiotem w plecaku staje się butelka wody.



Ktoś zatrzymał się przy kamieniu, ktoś inny przywiązał do niego biały szal, jeszcze ktoś dorzucił własną modlitwę i poszedł dalej, więc pomyślałem sobie, że kamienie w Tybecie mają chyba więcej znajomych niż niejeden człowiek w Europie, bo każdy zostawia im tutaj coś od siebie.




 A potem droga znowu zaczyna się wspinać, człowiek patrzy przed siebie i mówi sobie jeszcze tylko kawałek, jeszcze tylko tamten zakręt, jeszcze tylko tamta skała, po czym odkrywa, że za tamtą skałą jest następna, a za nią następna, i wtedy zaczyna rozumieć, że pielgrzymka nie polega na dojściu do celu, tylko na tym, że cały czas trzeba iść.

Thursday, September 17, 2026

Chuku Gompa

Pierwszym ważnym przystankiem na trasie jest Chuku Gompa. 

Klasztor przyklejony do skalnego zbocza wygląda z dołu niemal jak część góry. Zatrzymuję się tutaj razem z pielgrzymami: jedni odmawiają modlitwy, inni obracają młynkami modlitewnymi, jeszcze inni po prostu próbują złapać oddech.


Chuku leży wysoko nad doliną Lha Chu, a żeby się do niego dostać, trzeba wspiąć się po stromym zboczu. 

Na tej wysokości każdy dodatkowy metr zaczyna mieć znaczenie. Powietrza jest mało, ale wokół jest go aż nadto, haha... ogromna przestrzeń, skały, niebo i góry.




Chuku Gompa ma historię sięgającą XIII wieku. Obecny klasztor jest jednak znacznie młodszy, został odbudowany w latach 80. XX wieku, po zniszczeniach rewolucji kulturalnej.



 

Wednesday, September 16, 2026

Filmy o Tybecie

Skończyłem montaż trzeciego, ostatniego reportażu z podróży po Tybecie. 
Jest to po prostu "kapsuła czasu", bez ambicji artystycznych. 

Pierwsza część reportażu na moim kanale YT jeszcze w tym tygodniu.



Druga część o pilegrzymce wokół Kailasz za trzy tygodnie.


 Ostatnia część tryptyku za 6 tygodni.

To jest zapowiedź pierwszego filmu:


Kailasz - pierwszy dzień pielgrzymki

Wchodzę w dolinę, którą przez stulecia przemierzali pielgrzymi. 
Na początku są jeszcze ludzie, kolorowe flagi, stupy i miejsca, przy których można zatrzymać się na chwilę modlitwy. Dalej krajobraz szybko zaczyna się zmieniać, zabudowa znika, ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, a nad doliną coraz wyraźniej pojawia się Kailasz.


Selfie, gdy już się zgrzałem :)  (bez czapki)






Nie ma to jak chińska flaga powiewająca w każdym miejscu w Tybecie. To może bardzo boleć miejscowych...... i boli.


Po drodze mijam kamienie pokryte tybetańskimi modlitwami. Niektóre są starannie wyryte, inne wyglądają jak fragmenty większych kamiennych murów, które powstawały tutaj przez lata. To nie jest zwykły szlak turystyczny. 

Każdy kolejny kilometr prowadzi mnie coraz głębiej w przestrzeń, którą pielgrzymi traktują jako świętą.



 Pierwsza godzina marszu nie jest jeszcze szczególnie trudna. Problemem nie jest podejście, lecz wysokość,  jesteśmy przecież ponad 4600 metrów nad poziomem morza. Idę więc powoli, oszczędzając oddech i patrząc, jak z każdym zakrętem doliny góra staje się coraz większa.

Kailasz nie trzeba tutaj szukać. Zaczyna po prostu towarzyszyć pielgrzymowi.

Tuesday, September 15, 2026

Darchen, od pasterskiej osady do bramy Kailaszu

Co zapamiętałem z Darchen? Dwa tematy:

Podgrzewaną podłogę w pokoju hotelowym oraz wyczekiwania na wpuszczenie na trasę pielgrzymki wokół góry Kailasz. Wyczekiwanie było wyczerpujące i flustrujące, dlatego same miasteczko stało się mało istotnym tłem.


Darchen wygląda jak małe, całkiem nowoczesne tybetańskie miasteczko. Są szerokie ulice, hotele, restauracje, sklepy, samochody i charakterystyczne chińskie dekoracje miejskie.

Trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dekad temu była to niewielka osada związana przede wszystkim z pasterstwem jako ważny punkt dla nomadów i ich stad, z zaledwie kilkoma stałymi budynkami.



 

Trochę historii:


W 1989 roku pojawił się tutaj pierwszy większy obiekt noclegowy, a wraz ze wzrostem liczby odwiedzających zaczęły powstawać kolejne sklepy, restauracje i hotele. W tym samym okresie utworzono również stały posterunek policji, co pokazuje, że rozwój turystyki od początku oznaczał tu nie tylko handel i usługi, ale również większą kontrolę nad ruchem ludzi.

Sunday, September 13, 2026

Za Sagą zaczyna się właściwy zachodni Tybet

Z Bazy pod Mount Everest trasa wiedzie na zachód.

Everest był jednym z celów tej podróży. Ale nie był celem najważniejszym. Teraz zaczyna się droga do Kailaszu.


Saga jest jednym z najważniejszych punktów na tej trasie. Tutaj spotykają się drogi prowadzące z centralnego Tybetu, z Nepalu i dalej w stronę Kailaszu. 

Dla podróżujących na zachód to przede wszystkim miejsce na odpoczynek, uzupełnienie zapasów i złapanie oddechu przed kolejnymi setkami kilometrów przez Wyżynę Tybetańską.



Hotel w miasteczku przy najruchliwszej ulicy. Po zmroku pełno policyjnych samochodów, jakby pilnowano jakiś niewidzialnych dygnitarzy.


Miasto nie ma w sobie nic z turystycznej pocztówki. Jest praktyczne, trochę chaotyczne i podporządkowane ludziom, którzy są tu przejazdem. 

Na wysokości około 4600 metrów nawet zwykły nocleg nabiera innego znaczeni. Grunt, że pokój jest ciepły.


 Następnego ranka znowu ruszam w drogę. 

Za Sagą zaczyna się właściwy zachodni Tybet, ogromna, niemal bezludna przestrzeń, przez którą prowadzi droga w kierunku jeziora Manasarovar i Kailaszu. Z każdym kilometrem coraz bardziej oddalam się od Lhasy.

Saturday, September 12, 2026

W końcu pojawia się przede mną góra, dla której przejechałem przez cały Tybet

Przez ostatnie dni Everest był raczej odległym punktem na mapie niż rzeczywistym miejscem. Teraz wystarczy kilka chwil, żeby zrozumieć, dlaczego przez ponad sto lat przyciągał tu ludzi gotowych podporządkować swoje życie jednej górze.


Mój przewodnik czuwał od 5 rano i oglądał chmury na niebie długo przez wzejściem słońca, a to się wydarzyło o 7 rano.



Dalej droga prowadzi już w świat, w którym skala człowieka zaczyna tracić znaczenie. Z każdym kilometrem jest mniej śladów cywilizacji, a coraz więcej lodu, skał i wody spływającej z lodowców. To właśnie tędy dociera się do północnej strony Everestu, w kierunku Rongbuk i bazy na wysokości około 5200 metrów.


Godzina 8 rano.


Godzina 22.

Na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów komfort przestaje być oczywistością. Człowiek przyjeżdża tutaj przede wszystkim po to, żeby być blisko Everestu, a nie po to, żeby dobrze zjeść, wyspać się czy wziąć prysznic. Współczesna baza jest jednak znacznie bardziej przygotowana na turystów niż jeszcze kilka lat temu, są namioty noclegowe, ogrzewanie i dostęp do tlenu.



Kilkaset metrów dalej znajduje się klasztor Rongbuk znany mi wcześniej z filmów pierwszych brytyjskich ekspedycji lat 20-tych XX wieku. Teraz znam go z autopsji.

To miejsce, w którym religia i góry spotykają się w wyjątkowy sposób. Klasztor powstał na początku XX wieku i leży na wysokości ponad 5100 metrów, tuż pod północną ścianą Everestu. Trudno znaleźć wiele miejsc na świecie, gdzie życie klasztorne toczy się tak blisko jednej z najbardziej ekstremalnych przestrzeni naszej planety.

Friday, September 11, 2026

Baza pod Everestem

Baza pod Everestem nie przypomina typowego górskiego kurortu. 

Kilka rzędów czarnych namiotów, kamienie, wiatr i góry, które zaczynają się właściwie za płotem. Jesteśmy na wysokości około 5000 metrów, tutaj nawet zwykłe przejście kilkudziesięciu metrów przypomina, że człowiek znalazł się naprawdę wysoko.


Oczywiście zwracam uwagę na kible. Kilku Hindusów próbuje robić sobie selfie, a generalnie jest spokojnie. To już wieczór, dochodzi 21 godzina. Pokoje w budynko-namiotach są nadzwyczaj ciepłe. Pościel jest jak nowa i śnieżnobiała. Da się żyć :)



Generał kontra demokracja: Indonezja na rozdrożu, czyli zapiski z podróżym. Temat na podcast

Piszę dziś artykuł o Indonezji. Główne tezy:

1. Miasto sprzeczności
Dżakarta rok temu: korki na Sudirman, stragany w Kota Tua, wieżowce rosnące w tempie, które robi wrażenie nawet po Bangkoku czy Kuala Lumpur. A kilkaset metrów dalej, w zaułkach kampungów, życie toczy się tak, jakby PKB było pojęciem z innej planety.

2. Bali, 2014 - pierwszy raz go zauważyłem
Wieczorami oglądałem indonezyjskie telewizje pokazujące dwa zupełnie różne kraje: jeden, w którym zwycięstwo Prabowo było przesądzone, i drugi, w którym wygrywał Jokowi, była burmistrz Solo prowadzący wcześniej firmę meblarską. Prabowo miał generałów, kapitał i media. Przegrał.

notatka z tamtego okresu - Bali 2014 rok

3. Człowiek, który nie uznaje porażki
Były generał Kopassus, zięć Suharto, obarczony zarzutami o porwania działaczy i łamanie praw człowieka w Timorze Wschodnim,💣 na tyle poważnymi, że latami odmawiano mu wjazdu do USA i Australii. Trzykrotnie przegrywał z Jokowim. Za każdym razem wracał.




4. Pięć lat w cieniu rywala
Po przegranej 2019 roku Jokowi zaprosił go do rządu jako ministra obrony. Gest pojednania okazał się czymś innym: czasem na oswojenie elektoratu i zbudowanie wizerunku „łagodnego dziadka” w mediach społecznościowych.

5. Syn prezydenta jako karta przetargowa
2024 rok: kandydatura Prabowo przypieczętowana udziałem syna Jokowiego, Gibrana, jako wiceprezydenta wybranego wbrew konstytucyjnemu limitowi wieku, złagodzonemu tuż przed wyborami przez Trybunał Konstytucyjny, któremu przewodniczył wówczas szwagier Jokowiego. Nie pucz. Legalistyczne wykorzystanie instytucji.

6. Powrót generałów
Nowelizacja ustawy o siłach zbrojnych z 2025 roku zwiększyła liczbę stanowisk cywilnych dostępnych dla oficerów bez opuszczania wojska. Starsi Indonezyjczycy rozpoznają w tym echo „dwifungsi”m czyli doktryny Suharto o podwójnej roli armii w obronie i polityce.

7. Sierpień, który obnażył odruchy władzy
Iskrą był dodatek mieszkaniowy dla 580 parlamentarzystówm czyli dziesięciokrotność płacy minimalnej w Dżakarcie. Śmierć kierowcy ojol rozjechanego przez pojazd Brimob zamieniła protesty w najkrwawsze zamieszki od dekad.

8. Czołgi pod Monas
Wrzesień 2025, wróciłem do Dżakarty miesiąc później. W cieniu pomnika Monas stały transportery opancerzone i wojskowe namioty — nie na paradzie, w gotowości. Armia znów zadomowiła się w przestrzeni, z której Indonezyjczycy próbowali ją wyprowadzić po 1998 roku.



 

9. Ustępstwa zamiast reform
Dodatki cofnięto, kilku deputowanych straciło stanowiska. Brimob, odpowiedzialny za śmierć, która wywołała zamieszki, pozostał nietknięty. Struktura władzy się nie zmieniła, zmieniło się tylko tempo reakcji na kryzys.

10. Ceny ustalane przez państwo
Fundusz Danantara centralizuje eksport niklu, węgla i oleju palmowego. „Każdą cenę musimy ustalać my” - powiedział wprost Prabowo. Kolej Whoosh, zbudowana z chińskim kapitałem, wraca teraz w 60 procentach pod kontrolę państwa.

11. Znikająca klasa średnia
Z 57 mln osób w 2019 roku do 47 mln w 2025, mimo że gospodarka rosła cały ten czas. W czerwcu 2026 roku podwyżka stóp procentowych i 32-procentowa podwyżka cen paliwa uderzyły w tych, którzy żyją tuż nad granicą bezpieczeństwa finansowego.

12. Demokracja na próbie cierpliwości
Prabowo nie musi dokonywać zamachu stanu, żeby osłabić instytucje wystarczy przekonać trzecią co do wielkości demokrację świata, że wybór stoi między silną władzą wykonawczą a chaosem wolnej debaty. 2026 rok pokazał, że Indonezyjczycy nie zamierzają czekać cierpliwie na moment, w którym wzrost PKB przełoży się na ich portfele.




Wednesday, September 9, 2026

Droga do Mount Everest Camp

Im wyżej, tym mniej człowieka, a więcej wiatru. 

Na jednym z kolejnych wysokich przejazdów zatrzymuję się przy setkach kolorowych flag modlitewnych, które wiatr rozciąga nad kamienistym zboczem. Ich pięć podstawowych kolorów to niebieski, biały, czerwony, zielony i żółty, które symbolizują pięć elementów: przestrzeń, wiatr, ogień, wodę i ziemię, a zapisane na nich mantry mają być niesione przez wiatr dalej w świat.



Trochę dalej pojawia się charakterystyczna brama. To wjazd na teren Parku Narodowego Mount Everest.

Od tego miejsca droga prowadzi już w kierunku najwyższej góry świata. Za bramą zaczyna się zupełnie inny Tybet: rozległy, pusty i coraz bardziej wysokogórski. Sama historia drogi jest bardzo interesująca. Opisałem ją w reportażu, do którego link zamieszczm pod ostatnim zdjęciem postu. 



 Frgment mojego artykułu na XYZ.pl

"Skala rozwoju sieci drogowej staje się bardziej czytelna w liczbach bez cofania się w czasie o 100 lat. W 1959 roku, u progu włączenia Tybetu w chińską administrację, cała sieć drogowa regionu liczyła zaledwie 7300 kilometrów. Do końca 2006 roku wzrosła do 44 813 km, z czego zaledwie 8,8% stanowiły drogi asfaltowe."