Sunday, September 20, 2026

Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był

Pierwszy dzień pielgrzymki powoli się kończy i chociaż człowiek obiecywał sobie rano, że będzie szedł dostojnie, kontemplował góry i rozmyślał nad sensem istnienia, to po kilku godzinach myśli sprowadzają się do rzeczy znacznie bardziej przyziemnych: gdzie jest nocleg, czy będzie herbata i czy da się jeszcze gdzieś usiąść.


Jestem stary, więc nowe nazwy średnio trzymają mi się głowy. Nie inaczej jest z Tybetem. Aby zapamietać nazwy kilku klasztorów potrzebowałem kilku miesięcy, już po podróży. Dobrze, że nie poleciałem w sierpniu na Madagaskar, bo sprawa podróży Tybetańskiej byłaby już rozwodniona i byłoby po ptakach. A tak wałkuje ten Tybet od maja i zaczynam oswajać się w końcu z nową terminologią geograficzną. 



Pogoda zrobiła się tak piękna, że nawet Kailasz łaskawie wystawił kawałek swojej głowy zza chmur, a ja spotykam Williama z Johor Bahru, który prowadzi przez tę całą krainę swoją wielką grupę Malezyjczyków i maszeruje w krótkich spodenkach, jakby właśnie wyszedł na plażę w Penangu, podczas gdy termometr pokazuje jakieś dwanaście stopni, więc zaczynam podejrzewać, że dla Malezyjczyka prawdziwym zimnem jest dopiero temperatura, przy której Europejczyk zaczyna się zastanawiać nad sensem własnego życia.


Robimy sobie selfie, bo człowiek na takiej wysokości potrzebuje czasem dowodu, że rzeczywiście tutaj był, a potem znowu ruszam między flagami modlitewnymi, których są już takie ilości, że gdyby wszystkie modlitwy zapisane na tych kawałkach materiału rzeczywiście miały gdzieś dolecieć, to wiatr musiałby mieć własny urząd pocztowy i chyba pracować na trzy zmiany.


Wreszcie trafiam do kuchni, gdzie filozofia pielgrzymowania kończy się przy wielkim garze, z którego każdy dostaje to, co akurat wpadnie do miski, i jest w tym coś bardzo uczciwego, bo na wysokości pięciu tysięcy metrów człowiek przestaje być Europejczykiem, Azjatą, pielgrzymem czy turystą i staje się po prostu kimś, kto patrzy na garnek i myśli: dajcie mi cokolwiek, byle dużo.



 A kiedy po kolacji wychodzę jeszcze na chwilę na zewnątrz, przypominam sobie, że rano wyruszałem na świętą górę, a wieczorem jestem już tylko zmęczonym facetem, który chciałby mieć łóżko, coś ciepłego w żołądku i święty spokój, i właśnie wtedy dochodzę do wniosku, że być może na tym polega prawdziwa pielgrzymka, człowiek idzie przez cały dzień do Boga, żeby wieczorem marzyć wyłącznie o łóżku. 😄





Bo być może cała sztuka podróżowania polega na tym, żeby pojechać na koniec świata, a potem przez dwie godziny opowiadać o tym ludziom w Opolu, którzy siedzą na krzesłach i mają normalne powietrze.

No comments:

Post a Comment