Wednesday, October 21, 2026

Zanim wejdziemy na wieżę w Bamako

Zanim człowiek wdrapie się na wieżę i zacznie udawać, że ogląda Afrykę z lotu ptaka, musi najpierw przeżyć to, co dzieje się na dole. 


A tam, proszę państwa, kolorowy minibus wygląda jakby go pomalował pijany artysta po trzech dniach świętowania, motocykle przeciskają się między samochodami, kurz osiada na wszystkim, a ludzie idą przez ten cały bałagan z minami, jakby właśnie wyszli z piekarni po świeże bułki. 

I wtedy pojawia się nasz przewodnik w pasiastym ubraniu, gestykuluje, tłumaczy, pokazuje, a ja patrzę na niego i myślę, że gdyby dostał jeszcze mikrofon, mógłby prowadzić własną telewizję.



Prowadzi nas do wieży, ale zanim tam dotrzemy, Bamako zdąży opowiedzieć nam kilka historii, których nie ma w żadnym folderze. 

Bo ja nie wiem, jak to jest z innymi ludźmi, ale kiedy jadę do obcego kraju, najbardziej interesuje mnie właśnie ten cały rozgardiasz: człowiek, który coś niesie, drugi, który coś sprzedaje, trzeci, który trąbi, choć nikt nie wie po co, i czwarty, który stoi pośrodku tego wszystkiego z taką godnością, jakby był ministrem od spraw wszechświata. A wieża? Wieża może poczekać. Przecież nie po to przyjechałem do Bamako, żeby tylko patrzeć z góry na ludzi, skoro na dole dzieje się całe życie.





Duduś nawija i bardzo mu do twarzy w stym bawełnianym kubraku w naturalne pasy z indygo.

Saturday, October 17, 2026

Taniec Malinke dla importowanych leszczy

Jestem wychowany na maskach. Można powiedzieć, że wyssałem je z mlekiem matki, a potem trafiłem pod skrzydła Jacka Łapotta, który w swoim gabinecie na Wałach Chrobrego trzymał pod biurkiem rozmaite maski, czekające na skatalogowanie. Przez lata udało mi się uczestniczyć w prawdziwych obrzędach, więc kiedy w Siby oglądałem tańce dla turystów, zachwyt mieszał się z irytacją. 

Bo turystyka zawsze mnie wkurzała: przychodzi człowiek z aparatem, robi zdjęcie, kupuje magnes i wraca do domu przekonany, że posiadł kawałek cudzej kultury.


Na szczęście można jeszcze uciec. 

Otwieram dziś dziennik koreańskiego mnicha, który w VII wieku wędrował przez Indie, i ruszam razem z nim drogami, na których nie ma ani jednego pieprzonego turysty. Żadnych wycieczek, selfie sticków i importowanych leszczy w sandałach. Tylko kurz, świątynie, ludzie i świat, który nie musi odgrywać przedstawienia dla przyjezdnych. I nagle znów czuję, że podróżowanie ma sens.






 

Thursday, October 15, 2026

Czy sawanna nie jest piękna? Łuk Kamandjan

W drodze do wioski Duduś prowadzi mnie przez granie, skąd widać całą dolinę Nigru, i człowiek od razu rozumie, dlaczego ludzie od wieków lubili mieszkać wysoko, gdzie wiatr suszy pot, a wróg musi się nieźle napocić, zanim zapuka do drzwi. 


W średniowieczu stało tu kilka wiosek, bo skały dawały bezpieczeństwo i można się było bronić przed intruzami, a że w dawnym Mali ludzie również mieli swoje ambicje, urazy, wodzów z wielkim ego i sąsiadów, których najchętniej widzieliby na kolanach, to nawalanka trwała w najlepsze.



I pomyśleć, że nie potrzeba było żadnych przybyszów z dalekich stron, żeby człowiek człowiekowi urządzał piekło, bo do dominowania, łupienia i wykorzystywania bliźniego nasz gatunek miał talent od samego początku, jeszcze zanim nauczył się pisać podania o zgodę na budowę płotu.




A Niger płynął sobie w dole i patrzył na to wszystko z obojętnością starego kelnera, który widział już tyle awantur przy stolikach, że nawet nie podnosi brwi.



Duduś opowiadał o herosach potężnych jak u Homera, którzy potrafili rozdupczyć całe skały z własnej inicjatywy, bez pozwolenia na budowę i, co najważniejsze, bez jednej laski dynamitu. Patrzyłem na ten kamienny łuk pod Siby i zastanawiałem się, gdzie się podziali ci wszyscy mocarze. Może wymarli, może przeszli na emeryturę, a może do dziś siedzą zamelinowani w którejś z pobliskich jaskiń i czekają, aż ktoś ich wreszcie poprosi o rozbiórkę kolejnej góry. Bo gdyby taki heros wrócił do roboty, niejeden deweloper mógłby wreszcie odetchnąć z ulgą.


Wednesday, October 14, 2026

Precz z plastikiem, niech żyje legenda

Ponad godzinę jazdy od Bamako wylądowałem na takim zadupiu, że zachodnioafrykańska sawanna ciągnęła się po horyzont, a tu nagle stoi kosz z napisem „Soyons plus propre, stop plastique”, czyli bądźmy czyściejsi, precz z plastikiem. 

Człowiek od razu nabiera ochoty, żeby zapytać, gdzie tu jest drugi kosz, na papier, szkło i resztki po obiedzie, ale szybko przypomina sobie, że na prowincji sam wybór miejsca, w którym można wyrzucić śmieci, bywa już luksusem.





Duduś opowiadał nam legendy przy skalnej ścianie, gestykulując tak zawzięcie, jakby od jego rąk zależało, czy historia zakończy się w jedenastym, czy trzynastym wieku, co zresztą nie miało dla niego większego znaczenia, bo kiedy człowiek ma taką gadkę, dwa stulecia w tę czy we w tę nie robią różnicy. 

Słuchałem go z podziwem, bo Duduś potrafił mówić bez końca, a ja po tylu latach podróżowania wiem, że dobry przewodnik to taki, który nawet kiedy sam już nie wie, czy było to jedenaście, czy trzynaście, sprawia, że człowiek najchętniej zostałby z nim do wieczora.




Po wysłuchaniu Dudusia ruszyliśmy dalej z buta, za skały, bo w Afryce nawet legendy nie zwalniają człowieka z chodzenia, a samochód nie zawsze może podjechać tam, gdzie wyobraźnia przewodnika już dawno dotarła. 

Patrzyłem pod nogi, żeby nie zostać bohaterem kolejnej miejscowej opowieści, tym razem o białym człowieku, który potknął się o kamień i przez trzy stulecia nie mógł ustalić, czy był to wiek jedenasty, czy trzynasty.



Po tych wszystkich skałach, legendach i kamieniach doczekałem się wreszcie nagrody: klimatyzowanego transportu do łóżka i łazienki, czyli dwóch największych luksusów, jakie człowiek potrafi docenić po całym dniu na afrykańskim zadupiu. 

W Bamako może i mieliśmy wygodne życie, ale na sawannie człowiek szybko odkrywa, że prawdziwy luksus nie zaczyna się od złotych kranów, tylko od tego, że nie musi już szukać toalety za najbliższą skałą.

Lhasa on Two Wheels - Tibet Episode 10

There are cities where a man goes out for a walk and sees monuments, churches or perhaps a fellow human being feeding pigeons. In Lhasa, he sees scooters. Hundreds of them, perhaps thousands, although I did not count them because I had neither the time nor the necessary qualifications in scooter arithmetic.


They come in all shapes and sizes. Some look like humble electric bicycles that have been promoted beyond their abilities. Others resemble spacecraft designed by an engineer who had too much tea and not enough supervision. There are scooters for the modest citizen, scooters for the ambitious citizen and scooters that seem to have been purchased by people who intend to conquer the world but have decided to begin with the nearest intersection.

They buzz past me, carrying shopping bags, passengers and occasionally loads that would make a European furniture removal company reconsider its business model. The riders seem perfectly comfortable, even when the machine beneath them looks as if it might collapse under the weight of a particularly determined mosquito.


Monday, October 12, 2026

Bistro Bafing w Bamako

Bistro Bafing w Bamako, miejsce z niebieskimi drzwiami, kolorowymi obrusami i takim klimatem, że człowiek od razu przestaje się spieszyć, nawet jeśli całe życie udaje, że ma coś pilnego do załatwienia. 


Spotkałem tam Igę Cichoń i Pawła Ruta, a potem na stole wylądowała ryba z tilapii, więc przez chwilę poczułem się jak w Tajlandii, tylko palmy rosły gdzie indziej, a kelnerzy mówili po francusku. I pomyślałem sobie, że właśnie za to lubię podróże: człowiek jedzie na drugi koniec świata, a tu proszę, ryba, ryż i szczęście, które nie potrzebuje tłumaczenia.





 Ryż z tilapią jak w Chiang Mai

Podróżnicy wszystkich krajów, łączcie się przy stole z kolorowym obrusem albo ceratą, bo nieważne, czy człowiek przyjechał z Warszawy, Bamako czy Bangkoku, kiedy już usiądzie, oprze łokcie i dostanie talerz ryżu z rybą, natychmiast staje się obywatelem świata. 

A jeśli do tego krzesło się chwieje, wentylator mieli gorące powietrze, a kelner przynosi coś, czego nazwy nie potrafimy powtórzyć, to znaczy, że jesteśmy we właściwym miejscu, bo prawdziwa podróż zaczyna się dopiero wtedy, kiedy człowiek przestaje pytać, czy ma sztućce, i zaczyna jeść.

Węże wybierały sobie dach

Nasz dom w Nasa miał osobliwą właściwość przyciągania zwierząt, jakby ktoś wywiesił na dachu niewidzialny szyld z napisem „wolne pokoje”. Nie trzeba było długo czekać, aż pojawiał się kolejny lokator, choć żaden nie płacił czynszu ani nie pytał o warunki umowy. 

Węże wybierały sobie dach, nietoperze przelatywały nad głową, a skorpiony spacerowały po deskach z miną urzędnika, który przyszedł skontrolować nasze życie. Człowiek nigdy nie wiedział, czy wieczorem będzie miał gości, czy tylko coś obcego będzie mu się przyglądać z ciemnego kąta. W Europie ludzie kupują alarmy, zamki i kamery, żeby czuć się bezpiecznie, a w Nasa wystarczało czasem spojrzeć w górę.


 

Z czasem przestałem się dziwić, że dom żyje własnym życiem, choć nie przypuszczałem, że aż tak niezależnym. My urządzaliśmy sobie codzienność, a przyroda najwyraźniej uznała, że jesteśmy interesującym dodatkiem do jej krajobrazu. 

Nie miało znaczenia, czy akurat piłem kawę, czy próbowałem zasnąć, życie toczyło się obok, nad głową i pod nogami. W końcu zrozumiałem, że w Nasa nie wynajmowaliśmy domu przyrodzie, lecz przyroda tolerowała nas w swoim domu. A skoro nie wystawiała rachunków, nie wypadało narzekać na towarzystwo.

Obietnica tysiąca lat Mali i je parle bien bamanan

Następnego dnia ruszyliśmy do Muzeum Narodowego, gdzie przed wejściem siedziało dwóch panów, spokojnych jak ludzie, którzy wiedzą już wszystko o historii i nie mają zamiaru nikomu tego tłumaczyć. 


Nad nimi wisiała obietnica tysiąca lat Mali, arcydzieła sztuki rytualnej i miejscowe tkaniny, a ja pomyślałem, że tysiąc lat to jednak kawał czasu i gdyby człowiek miał tyle czekać na autobus, zdążyłby przynajmniej przeczytać kilka książek. W środku trafiłem na glinianą makietę miasta, które wyglądało jak połączenie pałacu, twierdzy i wielkiego ula, w którym ktoś zamknął całe imperium, a potem zapomniał zostawić instrukcję obsługi.


W Bamako nawet drogowskazy mają za sobą długie życie, a ten najwyraźniej niejedno już widział i niejedno słyszał. 

W lewo Centre Ville, w prawo Marché, czyli centrum albo targowisko, jakby całe życie można było sprowadzić do tych dwóch kierunków.




MUZEUM 


Oglądamy glinianą makietę miasta, w którym mury wyglądają tak, jakby budowniczowie postanowili połączyć pałac, twierdzę i wielki ul dla ludzi. Wszystko z ziemi, z małymi oknami i sterczącymi belkami, a jednak ktoś musiał to kiedyś wymyślić, zbudować i potem naprawiać, kiedy deszcz przypominał, że nawet najwspanialsza architektura ma swoje słabe strony.



W sklepiku muzealnym można się zgubić między maskami, koralikami, drewnianymi figurkami i kolorowymi tkaninami, a wszystko to pod czujnym okiem klimatyzatora, który najwyraźniej też należy do miejscowego dziedzictwa. Człowiek przyjeżdża oglądać historię wielkich imperiów, a wychodzi z myślą, że jeszcze przydałaby mu się jedna torba na pamiątki.





Na żółtej ścianie ktoś urządził całą Afrykę z drewna, bo drewno to podstawa, a ja przez minione dekady tyle nawiązałem „hebanów”, że gdybym chciał je wszystkie ustawić na półce, musiałbym wynająć osobne muzeum. 

Dziś jestem już człowiekiem odmaterializowanym, który przejawia wyłącznie potrzeby duchowe, toteż oglądałem te wszystkie drewniane cuda z godnością buddyjskiego mnicha, choć gdzieś na dnie duszy odezwał się jeszcze stary kolekcjoner i zapytał, czy aby na pewno nie zmieściłaby się w bagażu jakaś niewielka figurka.

Sunday, October 11, 2026

Powrót do Mali po ponad 25 latach

Przylecieliśmy ze Stambułu, a lotnisko w Bamako świeciło nocą jak wielki sklep, w którym można kupić wszystko oprócz chłodnego europejskiego powietrza. 


Na fasadzie napis INTERNATIONAL, dalej nazwisko Modibo Keïty, a przed wejściem samochody, które wyglądały tak, jakby ich właściciele postanowili nie rozstawać się z nimi aż do śmierci. Żółte mercedesy stały obok białych land roverów, wszystkie trochę zmęczone, wszystkie gotowe zabrać człowieka tam, dokąd nie prowadzi już żadna mapa.



W Europie samochód po 35 latach trafia do muzeum albo na złom. 

W Bamako najwyraźniej dostaje nową tablicę rejestracyjną i drugie życie. Patrzyłem na te mercedesy i pomyślałem, że człowiek nie powinien pochopnie wyrzucać rzeczy tylko dlatego, że przestały być młode. Sam zresztą byłem już w takim wieku, że ta myśl wydała mi się szczególnie sympatyczna.




Nie wiedziałem jeszcze, co nas czeka. Wiedziałem tylko, że jesteśmy w Mali, że za chwilę pojedziemy do hotelu, a Afryka jak zwykle nie zamierzała dopasowywać się do naszych wyobrażeń. Na szczęście nie przyjechaliśmy tu po to, żeby wyobrażenia się potwierdziły.


Lubię takie pierwsze spotkania. Człowiek w złotej piżamie i Duduś na pierwszym planie.

Dopiero poznaje nazwiska, nie rozumie miejscowych układów, nie wiem, kto z kim i dlaczego, a jednak już przeczuwam, że niektóre postacie pozostaną ze mną na długo. 



Saturday, October 10, 2026

The streets of Lhasa - Episode 9

The streets of Lhasa are full of small miracles. 

The cars in Lhasa move as if each driver had somewhere terribly important to be, although nobody seems particularly keen to arrive first. They gather at junctions, nose forward, hesitate, advance a little, and then stop again, like guests at a wedding buffet who have spotted the last piece of roast meat.


From the pavement, I watch this mechanical ballet with the fascination of a man observing a colony of very determined beetles. There are horns, brakes, engines and an occasional gap through which a car miraculously squeezes. Everyone seems to know the rules, though nobody has thought it necessary to explain them to me.

And perhaps that is the secret of Lhasa traffic: a little patience, a little courage, and an unshakable belief that there will always be room for one more car.


Thursday, October 8, 2026

Lhasa, Where the Clocks Run on Beijing Time

After twenty-two hours on the highest railway in the world, I arrive in Lhasa at about 3,600 metres and discover something rather pleasant: I can walk.

No headache, no drama, no negotiations with my lungs. Apparently the railway has done its job and I have acclimatised somewhere between the oxygen masks, railway toilets and endless Tibetan landscape.

So I go for my first walk through the centre of Lhasa.




The shops are full of souvenirs, most of which, on closer inspection, seem to have been made in Nepal. This does not bother me at all. Nepal has been making things for tourists and pilgrims for centuries, and if a Tibetan-looking object has travelled a few hundred kilometres north before landing on a shelf in Lhasa, I consider that a perfectly respectable career for an object.

I wander past shop windows, prayer wheels, statues, jewellery and things whose religious meaning I do not understand but which look sufficiently mysterious to make me want to buy them.

Eventually, hunger wins.

It is time for my first Tibetan dinner.

And there is one more thing I immediately begin to enjoy about Lhasa: the evenings.

The sun stays in the sky surprisingly late, partly because we are high on the plateau, but also because China has decided that the entire country should live by the same clock. Lhasa and Beijing are separated by more than three thousand kilometres, yet the hands of the clock show exactly the same time. 

China officially has one time zone - China Standard Time, UTC+8 - from the Pacific coast to the Tibetan plateau.

Which means that at an hour when people in Beijing are already finishing their dinner, in Lhasa there can still be plenty of daylight left.

I like this.


Tuesday, October 6, 2026

Z Dachu Świata do Pekinu, czyli człowiek wraca do cywilizacji

Po wylądowaniu w Pekinie zaczyna padać.

Nie jest to może najbardziej reprezentacyjna pogoda dla stolicy Chińskiej Republiki Ludowej, bo niebo jest ciężkie, szare i wygląda tak, jakby ktoś przez pomyłkę zostawił nad miastem wielką pokrywkę od garnka, ale jest jeden szczegół, który zwraca moją uwagę.


Nie ma szarego powietrza.

Tego charakterystycznego, mlecznego smogu, który tak dobrze znam z Chiang Mai i Bangkoku, a już szczególnie z Kuching na Borneo, gdzie czasami człowiek patrzy przed siebie i zastanawia się, czy właśnie ogląda miasto, czy też wspomnienie miasta.

Tutaj tego nie ma.

Pada deszcz, samochody jadą po mokrym asfalcie, ludzie biegną pod parasolami, a powietrze jest zaskakująco przejrzyste.




A potem zaczynają się wieżowce.

Jeden za drugim, dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści pięter, całe dzielnice tych czerwono-beżowych kolosów, z tysiącami okien, balkonów, klimatyzatorów i mieszkań, w które Chińczycy przez lata pakowali swoje oszczędności, przekonani, że skoro mieszkanie stoi, to jego cena również będzie stała, a najlepiej jeszcze rosła.

No i tutaj pojawił się pewien problem.

Mieszkania nadal stoją.

Tylko ich wyceny już niekoniecznie.


Patrzę więc przez szybę samochodu na te wszystkie wieżowce i myślę sobie, że to jest chyba najbardziej chiński pomnik ostatnich trzydziestu lat.



A na koniec jeszcze pierożki. Lubię je od lat w Tajlandii, ale te tutaj są znacznie bliższe chińskiemu oryginałowi, w końcu to właśnie chińscy emigranci przez stulecia zabierali swoje jedzenie ze sobą do Azji Południowo-Wschodniej, gdzie z czasem stało się częścią lokalnych kuchni.


I chwała im za to. Bo gdyby nie chińscy emigranci, moja miłość do azjatyckich pierożków byłaby znacznie uboższa.

Monday, October 5, 2026

From Goats to Gods - Arriving in Lhasa. Episode 7

After twenty-two hours on the train, I finally arrive in Lhasa.

Twenty-two hours is long enough for a man to become acquainted with his fellow passengers, the landscape, the railway timetable, the dining car, the toilet and, most importantly, with his own thoughts. By the time the train finally reaches Lhasa, I have crossed half a country and climbed onto the roof of the world, and I am beginning to feel that perhaps I have been travelling for several weeks rather than twenty-two hours.


 

And then there it is.                          Lhasa.

There is something wonderfully appropriate about arriving here by train. A city that was once little more than a grazing place for goats has become one of the great sacred cities of Asia.

The old name was Rasa. According to the traditional interpretation, it meant “the place of goats”. Goats were part of the story of the construction of the Jokhang, helping to carry earth for the foundations. 


Later, as Buddhism transformed the place into the spiritual centre of Tibet, the name became Lhasa --> “the place of the gods”.






Sunday, October 4, 2026

Skuter i lotnisko, czyli jak oderwać się od ziemi

W Lhasie skutery są wszędzie. 

Ten żółty wygląda szczególnie sympatycznie, jakby ktoś połączył motorower z pudełkiem na pizzę i pomalował go kolorem, który ma człowiekowi poprawiać humor. Chińczycy mają zresztą wyjątkowy talent do robienia rzeczy praktycznych, które przy okazji wyglądają jak zabawki.


Lotnisko Lhasa Gonggar leży około 80 kilometrów od centrum Lhasy, zależnie od tego, czy liczyć od ścisłego centrum, czy całą trasę drogową. Znajduje się na wysokości około 3570 metrów nad poziomem morza. Czyli człowiek jedzie na lotnisko i nadal jest wyżej niż większość alpejskich miejscowości.


To jedno z najwyżej położonych lotnisk świata, a jego pas startowy ma cztery kilometry długości. 

I właśnie tutaj zaczyna się kolejny tybetański absurd: przy tak rozrzedzonym powietrzu samolot potrzebuje znacznie więcej miejsca, żeby wystartować i wylądować. Cztery kilometry asfaltu nie są więc fanaberią architekta, tylko bardzo praktyczną odpowiedzią na pytanie, jak oderwać od ziemi wielką metalową puszkę na wysokości ponad 3500 metrów.


Pierwszy port lotniczy w Gonggar zaczął działać w 1968 roku. 

Wtedy terminal miał zaledwie 700 metrów kwadratowych i obsługiwało go szesnaście osób. Dzisiaj człowiek wchodzi do terminalu i ma wrażenie, że znalazł się w galerii handlowej, na dworcu kolejowym i w centrum konferencyjnym jednocześnie.


Nowy terminal T3 działa od 2021 roku, a w 2024 roku lotnisko obsłużyło ponad sześć milionów pasażerów.

Chińczyk w szlafroku sprzedaje herbatę

W centrum Lhasy trafiam do sklepu z herbatą, 
który wygląda tak, jakby ktoś przez ostatnie trzydzieści lat wrzucał do niego wszystko, co da się wysuszyć, zaparzyć albo sprzedać w plastikowym słoiku. 

Na półkach herbata w czerwonych, zielonych i żółtych opakowaniach, w wielkich słojach suszone kwiaty, jakieś korzenie, zioła, jagody, liście i rzeczy, których nawet nie próbuję rozpoznać, bo człowiek na wysokości 3600 metrów powinien przede wszystkim oddychać, a dopiero potem zastanawiać się, co właśnie ogląda. 

Sklepy z herbatą i herbaciarnie są zresztą stałym elementem życia starej Lhasy.

 


Nie wiem, czy ten człowiek właśnie wstał, czy za chwilę idzie spać, czy też prowadzenie sklepu w szlafroku jest tutaj pełnoprawnym chińskim modelem biznesowym, ale wygląda na całkowicie zadowolonego z życia.

Najbardziej podoba mi się jego ubranie, bo przy całym tym ogromnym wyborze herbat, suszonych kwiatów, jagód goji, ziół i różnych tajemniczych substancji to właśnie on jest najbardziej egzotycznym towarem w sklepie.



Na jednym opakowaniu widzę mieszankę z kwiatami i owocami, na innym coś, co wygląda jak suszone gałązki po spotkaniu z bardzo zdyscyplinowaną kozą, a jeszcze gdzie indziej całe morze zielonych liści.

I nagle człowiek zaczyna rozumieć, że herbata w Azji to nie jest po prostu herbata.

To jest osobny wszechświat.




A ja stoję pośrodku tego wszechświata, patrzę na Chińczyka w szlafroku i zastanawiam się, czy kupić herbatę, czy może najpierw zapytać, gdzie kupił taki szlafrok.

Bo przecież podróżowanie polega właśnie na tym, że człowiek jedzie na drugi koniec świata po rzeczy wielkie, a potem wraca z głową pełną drobnych historii.

I czasami z herbatą.

A czasami tylko ze zdjęciem Chińczyka w szlafroku.




Wiosną wzbogacę więc swoją garderobę o kwiecisty szlafrok i, jeśli tylko będę jeszcze w Polsce, zacznę w nim chodzić do Biedronki. A właściwie dlaczego nie? Pamiętam, że na początku XXI wieku przywoziłem z Tajlandii jedwabne szlafroki na prezenty. Były granatowe, w czerwone i złote, milimetrowej wielkości kwiaty, a na plecach miały wielkie złote smoki.

Jeden taki szlafrok podarowałem kiedyś Maćkowi Maciejowskiemu. Przyjeżdżam do niego w odwiedziny do Krakowa, rano wychodzę z pokoju, a tu jego dziewczyna parzy kawę, ubrana właśnie w ten szlafrok. Ładnie wyglądała ta ówczesna blondyna. Maciek zresztą zawsze miał słabość do blondynek.

Czyli wszystko zatacza koło.

Najpierw Tajlandia, potem Chińczyk w szlafroku prowadzący sklep z herbatą w Lhasie, a teraz ja, idąc w ślady Lebowskiego i tybetańskiego przedsiębiorcy, kupię sobie odpowiedni egzemplarz na Allegro.

I będę w nim chodził do Biedronki.

Człowiek całe życie podróżuje, żeby w końcu odkryć, że najlepsze pomysły na garderobę przywozi się z Azji. 😂

Saturday, October 3, 2026

Tybet - odcinek 7 - Zastanawiam się nad pomarańczami i ogórkami, które wpadły mi w obiektyw.

Wagon restauracyjny. Owoce i warzywa na steropianowych tackach. Fantastyczne miejsce dla wegetarianów, którzy brzydzą się mięsa. Bardzo rzadki przypadek w Chinach, gdzie wszystko na czterech nogach trafia do gara.


 Zastanawiam się nad pomarańczami i ogórkami, które wpadły mi w obiektyw.



Dzieci rosną, czyli Czas Apokalipsy 2.0

Dzieci rosną. To fakt biologiczny, z którym trudno dyskutować. Najpierw trzeba im kupować mleko, potem buty, później komputery, a w końcu okazuje się, że jedno z nich postanowiło zostać wojskowym.

Nîmes, oryginalnie chłopak z Bangkoku, przysłał mi właśnie swoje najnowsze zdjęcia z Lopburi.

I proszę bardzo.

Najpierw chłopaki w mundurach, siedzący na trybunach. Potem większa grupa, już w pełnym wyposażeniu. A na końcu Nîmes w galowym mundurze, przed wojskową flagą, z miną człowieka, który właśnie oficjalnie awansował z kategorii „dziecko” do kategorii „człowiek, którego ojciec zaczyna się trochę bać”.


Indochiny tymczasem niewiele się zmieniły od czasów „Czasu Apokalipsy”.

Nadal są dżungle. Nadal są komary. Nadal jest wilgoć, upał i błoto.

Doszły tylko drony.

Wojsko jest zresztą w Tajlandii instytucją dość specyficzną. Dla młodego człowieka z Bangkoku droga do wojskowej szkoły oznacza wejście w zupełnie inny świat. Nagle zamiast miejskiego chaosu są mundury, koszary, musztra, broń, koledzy z całego kraju i bardzo konkretne polecenia, których raczej nie da się skwitować tajskim „mai pen rai”.

A potem, oczywiście, trzeba zrobić sobie zdjęcie z kolegami.




I człowiek patrzy na te fotografie i zastanawia się:

Kiedy, do cholery, to się stało?

Przecież jeszcze niedawno dzieci były dziećmi.

A teraz jedno studiuje w Bangkoku, drugie zakłada mundur, trzecie ma własne życie, a człowiek zaczyna odkrywać, że dzieci mają zwyczaj dorastać bez pytania rodziców o zgodę.




Na szczęście Indochiny pozostają na miejscu.

Dżungla jest. Komary są. Wojsko jest. Drony są.

Francis Ford Coppola miałby dziś trochę łatwiej. Nie musiałby nawet budować całej scenografii.

Wystarczyłoby wysłać ekipę do Lopburi. Resztę Tajlandia załatwi sama.

Friday, October 2, 2026

Czy Acetazolamid jest faktycznie bardzo moczopędny? Odcinek 5

Nie ukrywam, że trochę się obawiam chwili, kiedy wjedziemy na przełęcze powyżej pięciu tysięcy metrów. Nie samej wysokości, bo człowiek już się czegoś tam naoglądał i wie, że góry stoją, oddychają i na ogół nie mają zamiaru człowieka zjeść. Bardziej obawiam się własnego organizmu.

Czas więc chyba łyknąć prochy przeciwko chorobie wysokościowej. Acetazolamid przyspiesza aklimatyzację, ale przy okazji działa moczopędnie, co w moim przypadku otwiera zupełnie nowy rozdział tej wyprawy.

Bo człowiek z wiekiem zaczyna rozumieć, że istnieją rzeczy ważniejsze od wysokości, widoków i duchowych przeżyć. Na przykład dobrze działająca toaleta.

A ja o toaletach mógłbym opowiadać godzinami.

Szczególnie o Afryce.

W Afryce przeżyłem już takie przygody z kiblami, że gdybym je wszystkie opisał, niejeden czytelnik uznałby, że przesadzam. Nie przesadzam. Afryka po prostu ma bardzo bogatą literaturę toaletową.

Dlatego teraz, kiedy jadę pociągiem na Dach Świata, patrzę na ten elegancki chiński wagon i myślę sobie:
oby technologia nie zawiodła.

Bo góra może mieć pięć tysięcy metrów, kolej może być najwyżej położoną koleją świata, a za oknem może zaczynać się absolutna pustka Tybetu.

Ale jeśli człowiekowi zachce się siku, to cała ta cywilizacja zostanie poddana bardzo praktycznemu egzaminowi. 😄


Acetazolamid rzeczywiście działa moczopędnie, czyli wywołuje tzw. diurezę wodorowęglanową i przyspiesza aklimatyzację.


EPISODE 5

WITH THE DESCRIPTION IN POLISH, BECAUSE POLISH IS A MUCH MORE EXPRESSIVE LANGUAGE WHEN IT COMES TO PHYSIOLOGICAL FUNCTIONS.

 

Thursday, October 1, 2026

Fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też jest pewnego rodzaju egzotyka.

I nagle zamiast klasztoru, stupy, mnicha i kolejnego człowieka obracającego młynkiem modlitewnym mam przed sobą zwyczajną ulicę, czyli Tybet taki, jaki jest wtedy, kiedy nikt nie urządza go specjalnie dla pielgrzymów i fotografów.

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, więc moja włóczęga po Dachu Świata również. Wracam do Lhasy i znowu włóczę się po ulicach, chociaż po stu latach życia w tropikach mam już serdecznie dosyć smarków w nosie, zimna i kamer zawieszonych chyba w każdym możliwym miejscu.

Ale Tybet, a właściwie ta resztka Tybetu, która jeszcze się uchowała, wcale mnie nie nudzi.

Najciekawsi są tutaj lokalsi. Patrzę na nich i przypominają mi się rajskie ptaki z Nowej Gwinei Papui, czyli stworzenia tak osobliwe, że człowiek ma czasami wrażenie, iż ktoś powinien je czym prędzej wpisać na listę gatunków chronionych, zanim świat zdąży je całkowicie przerobić na coś bardziej współczesnego, wygodnego i przewidywalnego.

Podobne skojarzenie miałem kiedyś na Andamanach i Nikobarach, tych indyjskich wyspach na Morzu Andamańskim, gdzie na North Sentinel Island żyją Sentinelczycy - lud, do którego człowiek z zewnątrz nie ma prawa się zbliżać. I może dobrze, bo są jeszcze na świecie takie miejsca, w których miejscowi nie muszą oglądać turystów, reporterów, kamerzystów ani facetów z aparatami, którzy koniecznie chcą wiedzieć, jak wygląda życie innych ludzi.

Patrzę więc na mieszkańców Lhasy i myślę sobie, że może właśnie takich ludzi najbardziej warto fotografować.

Nie dlatego, że są egzotyczni.

Tylko dlatego, że jeszcze nie wszyscy zdążyli stać się tacy sami. Ale póki co strzelam jeszcze fotki budynków i świeczek maślanych, bo to też pewna egzotyka.





Trafiłem też do żeńskiego klasztoru Ani Tsankhung, ukrytego gdzieś w zaułkach starej Lhasy. Same kobiety, kwiaty, modlitwy, świeczki maślane i ta charakterystyczna tybetańska architektura, czyli wszystko pomalowane tak, żeby nawet człowiekowi przyzwyczajonemu do Indii zrobiło się trochę weselej.




Trafiam na Tybet w misce, czyli świeczki maślane. 

Tyle że słowo „świeczka” jest tutaj trochę nieuczciwe, bo to nie jest żadna elegancka europejska świeca z Ikei, tylko wielka misa wypełniona masłem, w którym pływają knoty i płonie kilka ogników. Tradycyjnie używano masła jaka, chociaż dzisiaj paliwem może być również ghee albo olej roślinny. Podziwiam te knoty i ich dyscyplinę trzymającą prostą linię.