Jeszcze nie zaczęła się na dobre uczta, a pojawiła się muzyka i śpiew.
Tradycyjne tybetańskie stroje okazały się szatami wartymi uwagi. Złoto, pomarańcz, zieleń, czerń i intensywne kolory pasów tworzą niemal teatralny obraz. Jeden z muzyków gra na flecie, inni na tradycyjnych instrumentach strunowych. Kobieta śpiewa, potem mężczyzna śpiewa, potem obije śpiewają. Maklakiewicz i Himilsbach nie mieliby powodów do narzekań na nudy, gdyby ze statku na Wiśle pod Toruniem, Marek Piwowski przeniósł scenę na ponad 3600 metrów nad poziomem morza. A tak? Zostali na nizinach i improwizowali u podnóża zamku krzyżackiego :)
Przy stole pojawiają się pierożki momo, warzywa, grzyby i mięso. W centrum stoi miedziany kocioł, w którym gotuje się kolejne składniki. Jest kolorowo, obficie i zupełnie inaczej niż w europejskiej restauracji.
Patrzę na ich stroje i mam wrażenie, że każdy z nich jest osobną opowieścią. Haftowane wzory, szerokie rękawy, pasy z wielobarwnych tkanin, ciężka biżuteria i charakterystyczne nakrycia głowy przypominają, że kultura Tybetu nie zamyka się w murach klasztorów.







No comments:
Post a Comment